|
Być do więcej mieć
wiatr rozdarł poduchy gęstych chmur
w zimnej czerwieni wschodzącego słońca
nad ziemią podbitą stemplem obiecanym
tutaj mieliśmy tylko doświadczyć wolności
śliniąc słodkie znaczki na post office
zaczerpnąć mglistego spokoju z własnej woli
kto jest w stanie wygrać z przeznaczeniem
dzieląc każdy paciorek ciężkiego dnia
z twarzą przy ziemi wzniecamy zarzewia
oszpecając zakłamaniem samych siebie
gdzie rozkosz wygrywa z wartością człowieka
Nostalgia
chcę żyć w sercu mojego miasta
być dzieckiem w orężu wiary
tak jak niebo wspierać ziemię
gdzie drzewo zapuściło korzenie
tam gryczane pole gada
nocą słowik spać nie daje
i łysy obłudnik do okien zagląda
chcę budować wciąż od nowa
zburzone niegdyś detale
by nie urągać ciemnościom
ostatnią świeczkę zapalę
Gdzie jest mama
magią modlitewnych wyznań
noc układa żyrandole ulic
księżycem kosi srebrzyste topiele
tylko przerażone oczy nie usną
schowane pod poduszką
malutkie dłonie ściskają naderwane uszy
jutro przyjdzie po mnie mama
obiecała
a pani Miecia nie będzie biła dużą kredką
tam będzie mój prawdziwy dom
wszystko będzie moje
Powroty
są chwile
kiedy czas można chwycić za rękę
obłaskawić dzikie zwierzęta
zbudować niebo z pokory i biedy
nauczyć się siać ziarno
obudzić drzemiące kotliny
ławice pstrągów w górskich potokach
nie wracać na pustynię nonsensów
która przenika
fotografią zżółkłych horyzontów
na słonecznych kamieniach
chrzęstem składać hołd nieustanny
można mówić do ostów
liści mchów i widłaków
zapisać na wodzie wspomnienia
Bez miary
w świecie kpiarzy martwych planet
po różnych stronach księżyca
trwonimy życie kieliszkami wina
tobołek na plecach
tysiącem oczu i głów
biegamy drogą wydarzeń nieznanych
zmurszałe kapliczki pamięci
kurcząc wspomnienia
gaszą pigmenty dnia
Oni nie płaczą
szarym dniem budzi smutek
zasnuwa kontury zegara
cicho się wdziera w świadomość
już śpią motyle
kształtem obumarłych liści
tożsamości opuściły granice
pełni ideałów i krótkich marzeń
wiatr ich poniósł zbyt daleko
do Władcy bezkresnej dali
w starych alejach drzew
kamienie historią zgrzytają
zapadając się pod ziemię
nie rozgrzeję znicza płomieniem
zimnych grobów pamięci
słonym deszczem nie wskrzeszę
w serca żywych ból i rozpacz
wplata cierniowy wieniec
kto utuli me zwątpienie
w nieznanej drodze ku wieczności
Znaczenie bytu
zrodzona o świcie
idę drogą
po złote runo
strzegąc
serca oschłości
dumy niepotrzebnej
nagradzana
chłostą śmiechu
przebaczam
do miasta popiołów
aż kornik
napisze życiorys
W poczuciu istnienia
jak ziarenka piasku na wietrze
walczące o przetrwanie
podlegające regułom fizycznym
z prawem bytu w zamęcie życia
osnuci cieniem
nieodwołalnej smierci
płyniemy ze światem
niezmierzonego kosmosu
wszyscy według swych zadań i celów
mają miejsce w pięknie wszechswiata
Solą życia miłość
w półmroku
czas wolno płynął
nie wstydzili się wielkich słów
każdy gest znajomy
jej twarz nie zbrzydła od płaczu
promieniała w blasku świec
w spojrzeniach malachitu
oplatał drżącą ramionami
odchylając wulkaniczne włosy
całował czule
stęsknieni udręczeni i kochający
byli tacy młodzi
do świtu
szczęściu nic nie zagrażało
odchodząc w pośpiechu
zostwił wspomnienia i telefon głuchy
znów im siebie ubywa
gdy słowa milkną serce umiera
* * * *
Kontak z autorem: nitka_2@wp.pl
|