|
Alzheimer
Nauczyłyśmy się żyć na palcach i szeptem
tak by nie drażnić nie wychylać ze skrytości
rodzinę męczy umieranie między bełkotami
sąsiadów niepokoi krzyk rozdzierający świt
Pieluchy jeszcze przed amu amu może
będzie dzień spokojny bez wojny bo -
jajecznica koniecznie za mamę i tatę
z łyżką jak samolot bez katastrof i hec
Spacer zaczyna i kończy się wrzechświatem
ciepłej pościeli skuleniem złym snem
i tylko czasem udaje się dobrnąć do końca
aniele boży stróżu mój przerwa i amen
Wieczór nieduszny miska pół mroku
z gąbką na plecach płaczemy pomimo
bo wydaje się krzyczy że to koniec że nóż
ale po nie będzie śladów walki zostaną róże
ulubione kwiaty jej ledwie wystygłego życia
Jo Ślonzok
I
Moja nacja była zawsze dumna
ale nigdy pyszna.
Ukryta pomiędzy wodami Odry i Wisły
trwała
w zaciszu własnych słów i chleba z krzyżem.
Śląski Bóg gniewny choć sprawiedliwy
kreślił pobożną drogę. Prostota wyznaczała kres.
Modlitwy matek płynęły rzeką jasnych gołębi
ojców ku niebu.
Wraz z modlitwą trwał czarny chleb. Lęk kobiet.
Cierpkość męskich serc. Spokój rumianych dzieci.
Moja nacja czuła się zawsze gorszym z braci
rzucając wieczorami swoje gniewne pierony
przed drzwiami gromadnego familoka.
Bo przecież chciano odebrać jej słowa,
czerń chleba, krzyk modlitwy.
* * *
Gorzki owoc nieufności spada na bezpańską ziemię.
Zamykają się okna i drzwi. Z wolna blakną kolory
ich tęczy.
II
Dzisiej jo mody Ślonzok
żegnom chlyb jasny. Prosto z supermarketu.
Wyłaża do roboty. Roboty w banku abo kajś.
Na pożegnanie daja kusika dzieciom, żonie, słysza
Idź z Bogiem.
Serce mom pełne, bo kaj bych nie poszoł
byda zawsze w Doma.
Apokryf o sykomorze
Zaskrzypiały pod sandałem ciasne progi
sykomory
odsłaniając ludzką małość i pył
Jerycho gniewnie wejrzało
wody Jordanu skostniały
wielka cisza czarnego słońca
przeniknęła języki i spojrzenia
ktoś w oddali upuścił srebrniki
komuś darowano Życie
Katharsis lub bieszczadzkie wędrowanie rosą
Usynowiła mnie cisza lasu
prosty wrotycz biały płot sen
Nieme kazamaty bukowiny
koją tuląc tulą kojąc
i nic nie spowija
Nawet mglisty sukkub nie kusi
nie odrywa nie pęta nie budzi
mimo że zanurza się nago
w mojej bezbronności
po sam szczyt
Jasna pachnąca żywicą jest błogość
Nic już nie mąci panoramy po
cierpliwy lot głodnego orła
zgaszony żar
Spadek śląski
Nauczono mnie miłości do chleba z krzyżem
tak jak tego że do nieba zawsze wchodzi się
nie drabiną ze smug cienia a parami za rękę
i na zawsze
Ojciec ma rację i matka czasem płacze
kiedy kopalniana szychta przedłuża się
choć ponoć śląskie baby ustępują tylko kamieniom
w swej twardości
Ile we mnie trwa kołtuni się i piętrzy zarazem
ile wypłynie ze mnie a więc i wtopi się zabrzmi
może podobnym wierszem w podobnej chwili
synu mój córko
Modlitwa śląska
Matko Boska Piekarska, Barbaro, Jadwigo, Anno
wpisałyście się w zakurzone ramy i rany
powierniczki szarych marzeń jasnych spraw
Dziś nie widzę ufności oczu uśmiechu warg
ja młody Ślązak - Katolik - Polak
drży we mnie oddech i rozerwanie
Obym nie zawstydził się Was nie zaparł
skurzonych prostych i dobrych.
Kirkut
Kamienne nagrobki wychylone z nieskrytości
znaki znaczące przetrącony łeb i spowicie
tej nocy mgła listopada chwyta za krtań
czuję ich tęsknotę ból popękanej skóry stóp
ich niebycie w połowie do swojego Kanaanu
Czarne psy wałęsają się do koła błyszcząc
przeklętą pamięcią jakby po ludzku
moja cywilizacja nie uderza się w pierś
istoczy się i żegna od święta by zasnąć
Niepotrzebne zegary - umierają
ja nie słyszę tykania w tę noc
u progu ich Bejt Olam
(S)pokój po moich rodzicach
Stara lampa czytała zachłannie choć ukradkiem
pozwalając mi zapamiętać spękaną twarz ojca
i te dyskretnie kwitnące łzą zmęczone oczy
we wzruszeniu niespodziewanego umierania
ale i trwania w pogodzeniu się z samym sobą
I jeszcze ten stary zegar spowity pajęczynom dni
tchnący zawoalowaną przemijaniem wiecznością
jak promienny choć czarno - biały uśmiech matki
wpleciony w gorący oddech zielonej herbaty myśli
i samotność późnowieczornej łzy niedowierzania
lecz to nie koniec jeszcze a jakiś przedsionek
bo pomiędzy samotnością i tęsknotą tkwi wieczność
ta Wieczność która ożywia stare fotografie
Dziewczynka z samotnościami
Ile razy byłem tą chudonogą dziewczynką
zapłotną w sukience czerwonej
w grzeczne bo symetryczne grochy
zatopiony w jasnoniebieskości własnych oczu
smutkiem patrzącymi na drugą stronę
bawiących się dzieci
i skowyt
a huczność to była i niemość obopłotna
tak nieprzejednana jak samotna
Ekwinokcjum
więznący w gardle pęk reszty światła
tlący się ledwie kaganek elokwencji
zdradza mój nabrzmiały po kres strach
i szlachetną implikacją o końcu
dnia który jeszcze tli się we mnie
niechybnie równam się z nocą
wszak cały ze snów o życiu jestem
Szukanie
Coraz dalej od epicentrum Obietnicy
łapczywie przełykam słowa summy teologów
plądruje zakamarki chrystusowych alegorii
gorliwie poszukuję wiary która rozumie
rozgarniam chmury nieba by zobaczyć
proch ziemi którym mimowolnie się stanę
A przecież wystarczy zrozumieć że Jestem
by stać się milcząco Ufnym
capax Dei
Mój pierońskich Śląsk
Nie było miejsca na pastelową łagodność
miedzy krawężnikiem a zaschniętą krwią
czerwieni cegieł wielkookich kamienic
zastygłych w niemym zdziwieniu
Bo najpierw noc o długich wskazówkach
a potem kaszel umierania w niewinną poduszkę
niesiony echem po garbach czarnych hałd
i w nich się tlący na zawsze
Na końcu wyjazd w stronę marzeń
i samotna co miesiąc w kopercie pretensja
o każdy metr dzielący od szczęścia
a my tutaj skuleni beznamiętnie w sobie
i bezwstydna cisza rozdarta promieniami dnia
w ślepej furii resztek nocy
Ale była jeszcze wiara bo zawsze jest wiara
chleba naszego powszedniego łamania
i ryb targowych dzielenia
na proch
* * *
Bo Ty nie jesteś zwątpienie
czarna róża z przetrąconą łodygą
na wszystkie strony tego świata
na wszystkie wskazówki i czasy
na wszystkie wazony samotne
puste pełnia tęsknoty
Bo Ty jesteś nadzieja
ogrody pełne strumieni
na wyschnięte żyły koryt
na nieme pola boleści
na kamienie przedwieczne
naszego losu
Moja wiara
Moja wiara to nie zakurzona archeologia
kilkuramiennych kandelabrów pożółkłych kart
drzazg krzyża szczątek w złotych pierścieniach
okraszonych odświętnie ufnym fideizmem -
w chóralnym grzmocie pieśni pośród głuchych arkad
strojnych w światło blichtru żyrandoli
by lepiej widzieć niebo
Moja wiara to przejście przez Rubikon -
boso nie po wodzie bo z lękiem
pascha ku nieprzemijającemu
gdzie nie ma już odwrotu
trzeba Kochać na zawsze
Płatki biało czerwone
Nieszczęsne płatki kochanej ojczyzny
rzucane na biało czerwono
jeszcze niewinnie
przez pierwszokomunijne dziewczynki
w to boże choć krwistoczerwone ciało
a potem na czarno z mirtem chłopcy
zawstydzeni trochę bo mama na rzut oka
i dłubać w nosie niewypada
kiedyś jednak pójdą jak dziś ojciec całkiem z tyłu
tak dumni jak brudni i więksi w rośnięciu ku końcowi
zadepczą świątecznie biało czerwone płatki
rzucane z dziewiczą dumą przez białe dziewczynki
Krzyż
Bliski choć chciało by się coraz dalej
iściem w mętną codzienność odgradzać
trudny choć łatwo obejść w nikąd
z dłońmi niepatrzenia na oczach
tak ludzki choć na wskroś boski
jak wszystkie cuda i kurz
Krzyż - jedyna droga z ziemi do Nieba
Niewidzenie
czarne oczy ptaków
i ryb odbijają Niebo
tylko oczy ludzkie
widzą więcej
Autobiografia a może Niebycie
Im bardziej cię szukam
tym mniej cię znajduję
we mnie Człowieku
Ja
(koniecznie pisany zawsze z dużej)
któremu dalej niż bliżej wciąż:
do zapomnienia o sobie
w na wpółślepej rzeczywistości
(choć jeszcze coś tam widzę
spomiędzy palców)
do przez łzy uśmiechu do słońca
(choć jest wciąż tak jakbym się śmiał
trochę gorzko - trochę słodko - trochę nijak)
do siebie samego z pękniętego lustra
(choć może mnie nie było tam nigdy
jak tego tragicznego latania ze snu)
Mój obraz Człowieczeństwa majaczy zamazany
jak moje stopy odciśnięty w piasku plaży
na której jak mi się zdaje nie byłem nigdy
(choć może to tylko kartka i pióro
wbite w czyjeś o mnie myślenie)
Zbyt wielu rzeczy nie wiem o sobie
zbyt wiele wspomnień uśmiecha się tylko półgębkiem
by móc samego siebie nazywać po imieniu
Człowiekiem
Babka Aksjologia
Pomarszczyła się babka Aksjologia
prawie już nie chodzi osłabła
- już nie wali laską irytacji
w półgłuchą podłogę błędów i wypaczeń
zrelatywizowała się i oślepła
- nie odróżnia już dobra od zła
chyba trochę tak jak my
W cichym śpiewie maryjnych pieśni
zaszyła się jej demencja starcza
- Arystotelesy, Jezusy, Erazmy i Tishnery
mieszająca się raz po raz
z cichym tchnieniem od Malezji
Kochanie
bo kochanie to uparty dzięcioł
to jego słaby dziób i jej kora
i płyny rzecznorwące w nas
których to więcej których to mniej
w zależności od konstelacji gwiazd
które tak bardzo by się chciało
zobaczyć miedzy drzewami
upartych jak rzeka dzięciołów
wymierzonych strzeliście w niebo
Wzgórze Moria
Co dzień stajemy na wzgórzu Moria
wystawiani na próbę bardziej bezbronni
i mniej wierni niż latawce rzucone na wiatr
pokusy zwątpienia i przyciasnej wiary
z której się wciąż na nowo wyrasta
i tylko piękna apologia anielska
i Twoje ojcowskie miłosierdzie
pozwalają nam zawsze wracać
tam skąd przyszliśmy
oddalając się bądźmy coraz bliżej
coraz bardziej wątpiąc ufajmy mocniej
słabszymi będąc rośnijmy w siłę
umierając - żyjmy na wieki
Aleja Wszystkich Uśmiechniętych Świętych
Na Alei Wszystkich Uśmiechniętych Świętych
zawsze się posępnie piło alkohole
fioletowe i te w kolorze zapomnienia
i prostytuowano się zawsze bez reszty
za resztę wyłudzoną z Ośrodka Pomocy:
na buty przedszkole lizaki dla dzieci
czasem też się bito na pięści i łby w deszczu
wyzwisk żon i gróźb mordów niespełnionych
I z biegiem lat pośród garbatych nędzą familoków
coraz bardziej bezpańskie były wychudzone uśmiechy
ledwo stojących pod swymi krzyżami Męczenników
z Alei Wszystkich Uśmiechniętych Świętych
A reszta była oddalonym niedopałkiem
wetkniętym pomiędzy tęsknotę a rzeczywistość
U początku
Oto idąc wiekami pod prąd dotarłem
do źródeł artezyjskich wszelkiego bytu
które życie dały na swe podobieństwo
i klękam na oba kolana
wrastając w zapach arche
i znów jest krystaliczne nic:
ze słowa dzień rodzi się i noc
lądy wyrastają z mórz łona
niebo zakwita z niebytu
i staję się glinny ja
na nowo jakby n i e s k o ń c z o n y.
U początku tkwię
na obu kolanach źródlanych
skazany na zapomnienie przez czas
i tułaczkę w niemym zachwycie
samym soba.
Zamknięte kościoły
świętej klamki nie ruszysz
zamknięta na cztery spusty
wystraszonej materii
nie dane pomilczeć ustom
spierzchniętym od tęsknoty
nie dane patrzeć zamkniętym oczom
w czerń mruczących konfesjonałów
nie dane nasiąknąć ciału
chłodnym oddechem od balasek
nie dane wrosnąć kolanom
w żyzną glebę klęczników
nieszczęsny jest naród
któremu zamknięto kościoły
Anielsko zapóźniony
co dzień siedział pod drzewem świateł skrzyżowania
otulony aż po króciutki nos w przewiewną modlitwę
jego okrągłe niewidzące oczy ufnie wpatrywały się
w przepoconą dal niezrozumiale nieanielską
i tylko półgłuche paciorki różańca
kulejąc po szepczących ścieżkach jego palców
dowodziły że anioł jeszcze żyje
życiem swych delikatnie papierowych skrzydeł
o których śni co noc pięknie zapóźnionym snem
W odbiciu siebie
jedną nogą stoję na obu brzegach
rzeki Nigdy lub Zawsze
szczerze uśmiechniety
od kamienia niepoznania
do kamienia pogodzenia
tak relatywnych
że mogły by być też życiem
chyba coraz mniej jest we mnie
mnie samego
mijanego codziennie
na chodniku zażenowania
i nadziei że to może nie ja
Świerszcz
codziennie kreślę swój oddech
w pastelach wczorajszego dnia
i zmierzchu pastewnego obrusu w kratkę
moich marzeń o Wolności i Dobru
- pieśni strojnej agonii na dwa głosy
samotnego świerszcza schizofrenika
umierającego z każdym oddechem
rysowanym niewieczną kreską
pozornie tylko wiecznego pióra
Pamięci Garść Niezapominajek
Pomiędzy starymi pokrytymi mchem bukami
w oddali zielonego osierocenia
stał jakby niezupełnym przypadkiem
niepewny i sypki jak życie grób
plewiony rzadko z zapomnienia
Dwa razy w roku:
hardym śniegiem lutego
i łagodnym słońcem lipca
czyjaś nieśmiała jak zefir dłoń
kładła nań garść niezapominajek
- całe swe ziemskie niebo pamięci
oraz czerwoną mała kopertę
- życie którego nie ma już oddać komu
od pół wieku niezmiennie taka samą
z pozornie niedbałym oślim uchem
tęsknoty za Dotykiem Pocałunkiem Słowem
które w nieśmiałości nigdy nie zdążyły zaistnieć
i już na zawsze zostały zaklęte w pamięć
samotnie zalabastrowiałej miłości
Hodowca kaktusów
Hodował harde kaktusy
- naparapetną kolumnę zbrojnych obrońców
przed wścibskim wzrokiem okien
warcząc strzegły podwoi
pustego na przestrzał serca
jak bezdennie smutnej studni
z dwoma reszkami sprzed denominacji
czasów kiedy jeszcze nie Był Samotnym
Hodowcą Najgroźniejszych W Okolicy Kaktusów
niebA
było gęsto od szeptu róż
w powietrzu
a chodnik był strojny w śmiech
jak weselna łąka
widziałem to tylko ja
bez okularów niewidzenia
nie dał bym rady
bo to jest tak - po prostu
że się nie widzi
tego co najbliżej
bo dopiero to co daleko
Jest nam (większym)
niebeM
Poetycka obstrukcja (poetA)
siedział na muszli klozetowej
i pisał swoje wiersze:
o Miłości
co wieczna
o Prawdzie
 co względna
o Dobru
  co z serca
żadnym słowem nie wspomniał:
o urwanej spłuczce
      tak zwykle z głupoty
o kończącym się papierze
      paradoksalnie toaletowym
o mydle choćby w płynie
      wiecznie wielkim nieobecnym
a ty
i twoja poezja
czy spotykacie się jeszcze czasami?
Doskonały samotny
Chciałem być tak dobry wtedy
że aż całkiem zły
Im
tak jak ta dziwaczka prosta - Miłość Babki
co pozwala wnukowi na wybijanie okien
nawet jej własnego nieba
Chciałem być tak nieskazitelny wtedy
jak dziewiczy śnieg
który napadł zaskoczony kląb astrów
wczesną zimą
bezsenną i niecierpliwą jak noc
Tak bardzo chciałem B y ć
niemal przeźroczysty
a zostałem tylko
tak doskonale niedoskonały
jak człowiek zwykły
samotny Księżyc pośród gwiaz
Zapomnieć o sobie
chciałbym zapomnieć o sobie:
jak się zapomina o nieodprasowanej koszuli
w czasie sobotniej kolacji z rodziną
- codzienności kwiatku
jak o bliźnie co zacerowała kiedyś plecy
po nieszczęśliwym upadku z nieba
- pamiątce płaczącej
jak o rocznicy śmierci ukochanej
której cień co rano robi śniadanie
- łzie samotniczce
tak chciałbym zapomnieć o sobie
dla tych duszyczek z pocharatanymi kolanami
wygłodniałych miłości piegusów
dla zwiędnietego kota bez jednego oka
wiecznego żebraka włóczęgi
co bardziej od jedzenia czeka pieszczoty
i dla ciebie Panie Wieczniecierpiacy
który wyglądasz człowieka w tłumie
bo ci jakoś samotnie
na tym naszym krzyżu
Bądźmy
bądźmy jak kwiaty polne
tak po prostu
by przenosić góry
bądźmy jak poranne ptaki
zwyczajnie radosne
by uzdrowić świat
bądźmy ludzmi tylko
a nie aż
by się siebie nie bać
Matko...
Matko
którą przybiliśmy do ścian
jak do krzyża
w śmiesznym obrazie ludzkich oczu
z zakłopotanym uśmiechem
takim który by się chciało schować
do kieszeni
Matko
którą zaklęliśmy w cement
dziwnie strojnej rzeźby
w błyszczących szatach do samego piekła
tak tobie obcymi
jak kostium kąpielowy w żółte kaczory
Matko
której nałożyliśmy królewską koronę
wielką jak winy całego świata
miażdżącą ci delikatną skroń
na popiół szary
którym nigdy się nie stałaś
Matko
która zawsze chciałaś zostać w cieniu
cicha i pokorna jak kłos trawny
wybacz nam to wszystko
co żeśmy ci uczynili
i módl się za nami
modlitwą prostą
bo my nie wiemy co czynimy
Grzech smutku
Miłość matki mam
sercowy kwiat rosą łez skąpany
Miłość ojca mam
asfaltowa droga słońcem wysmagana
Miłość ludzi mam
wiatr przezpolny taki czasem gnany
Lecz smutek tnie
serce
jak miecz obosieczny
truskawkę
A ja:
widzę chwasty jak pęta
naszyjnie bolesne
bezdrożami chodzę jak myśl
o Bożym istnieniu
wiatru nie czuję jak trup
cmentarnie samotny
Grzeszę swym smutkiem Boże
mając wszystko...
A świat płacze
łzami
głodnych dzieci!
Wołanie o Ciebie
często cierpisz tak straszliwie
że nawet gwiazdom łez brak
już nie spadają świetliście
a Ty wołasz o ich spadanie
częste Twój niemy krzyk
odbiera nocy przyzwyczajenia
już się nie czerni nie chroni
a ty wołasz o schronienie
często mimo wszystko
uśmiechasz się do świata
księżycem złocistym
a świat woła o ciebie
bo coraz trudniej o człowieka
w chodnikowym tłumie
a coraz mniej
w tym tlumie Ciebie
Sylwii
Dzieciństwo
są takie sny, których się nie zapomina
te lepkie od wieczornych cukierków
dzięcięcych i bezgrzesznych
wykradanych światu potajemnie
z własnej kieszeni
dziurawej
jak zęby mlecznopróchniczne
jak czoło pokamienne
jak płot sadu - pies ogrodnika
są takie sny, których się nie zapomina
choć może trzeba
stracić je by zyskać nowe
a wraz z nimi
stracić wszystko
bo po prostu siebie
Jabłoń
stoję u jabłoni edennej
tak jak się stoi u studni
życiodajnej głębiny monet
ja - jabłko przenikniete pychą
z jabłoni przepysznej
ja - lustro spieniężonej wody
syn monety haniebnej
ja - litylko odbiciem będący
niczego
tkwię u jabłoni naszych czasów
wraz z wami
lub bez was
* * * *
|