intro nowe oto my wiersze proza fotki wędrówki cytaty filozofia książki media czat! forum księga linki

TRASA: Ustrzyki Górne (PKS) - Połonina Caryńska - Brzegi Górne (PKS)

Czerwony szlak, żółty skwar, wielkie serca z przodu, wielkie plecaki z tyłu tak pokrótce w kolorach rozpoczęło się wspinanie na jedno z najpiękniejszych miejsc Bieszczad - Połoninę Caryńską (1297 m.n.p m.).
Iście swe rozpoczęło się z Ustrzyk Górnych, skąd do miejsca docelowego 2 i pół godziny. Najpierw budka Bieszczadzkiego Parku Narodowego i w las, coraz stromiej i coraz mroczniej. I w końcu piękne wyjście na - przestrzenne, na - połoninne. Błękit nieba, żółtość traw, rozsypane wiatrem kwiaty. I pięknie było i bosko. Szło się oplecionym wiankiem ludzi - Wschodnie Bieszczady, to tutaj nieodłączne, trzeba przywyknąć, pokochać, lub tylko zaakceptować by krwi swej nie burzyć i nie tracić tego, po co się tu znalazło, czego szukało długo się.
Rozpoczyna się Połonina Caryńska, której grzbiet rozciąga się na długości przeszło czterech kilometrów i składa z czterech wierzchołków, z których trzy znajdują się na trasie szlaków – ludzi włóczenia i wrażeń zbierania - ostatni zaś, samotnik, najbardziej wysunięty w kierunku Berehów Górnych znajduje się poza szlakiem, a więc jest niedostępny dla zwiedzających. O tym mieliśmy się przekonać pięknie i systematycznie z każdym kolejnym kwadransem włóczęgi, kiedy to naszym oczom ukazywały się coraz to nowe kulminacje i obniżenia.
Szczyt pierwszy niepozorny, choć tłoczny. Panorama zaś oszałamiająca z masywem Wielkiej Rawki, Połoniny Wetlińskiej i grupą najwyższych szczytów bieszczadzkich z Tarnicą i Haliczem na czele. Gdyby nie palące słońce i uciekające niepostrzeżenie minuty można by tak siedzieć i chłonąc, stawać się na nowo częścią tego wszystkiego co do koła. Z obopólną radością, czułością. Tkliwie i sennie kolejnym wzniesieniem stawać się.
Ale ruszenia się nadszedł czas, z posad ruszenia i w dal. Na garb kolejny, kolejne podziwianie i zadziwienie. Tym razem bardziej skaliście, ale równie cudownie. Stąd blisko godzina do Brzegów Górnych.
Więc w dół bez tchu - początkowo pięknie odsłoniętym, stromym zboczem, łagodniej w las i znów stromizną, kiedy to nogi zaczynają pod ciężarem własnym i ponad dziesięciokilogramowego plecaka drżeć jak osiki. I w końcu prawosławny cmentarz, ruinki cmentarne z garstką pomników - tak urokliwy widok jak przepastny w smutek i rozedrganie.
Dalej rzeka była i moczenie nóg i głów od spiekoty całodziennej pełnych. I ukojenie. I nad podziw świata radość, że się jest tam gdzie jest się bez dwóch zdań, w cieniu bieszczadzkich połonin i strumienia wartkiego chłodzenia.