|
Rozdział XII
piękny w szkarłacie słów
a usta wydychały dźwięki
pocałowałam świt
dotykając wargami twoich powiek
nie każ mi jeszcze wstawać
obnażać się
przed nudnym miastem
Jemu
pocałowałam na dobranoc
nie Twoje spokojne czoło
ani lśniące mądre oczy
ominęłam też ciepły policzek
i pełne czułości usta
pocałowałam Twoje stopy
to one do mnie przyszły
Merrick
wygiełła Merrick
swoje plecy nad kotłem
a oczy jej zzieleniały
obudzić Merrick chce
tych starych geniuszy
którzy władali
dawnym światem mądrości
i kurczy się w sobie
oczy zasłania - wątpi
ona nie wiem, czy potrafią
obecny świat przedłużyć
* * *
To jest jesień Cortazarze
zielony sweter
wystające nitki
utrzymujące ciężar
kropel deszczu
koc
napuszone futerko kota
w żółte wzory po pazurkach
na brązowym kasztanie
po ulicach płynie
podskakujący pył
kosmata wielobarwna łapka
w zagłębieniu na złotym listku
chmury w rozmytych kałużach
rozpryskiwane kolorowym kaloszem
już nie powiesz
że jesień to tylko- ciagłe
swetrów wkładanie
i zdejmowanie
zamykanie się
oddalanie
Feniks
Dym dusi, zatyka nozdrza-
smród spopielonych skrzydeł
Tam gdzie powinno leżeć ciało,
widnieje jedynie szara smuga
Feniks z popiołów nie powstanie
Przypadkiem cały proch-
wiatr rozdmuchał
* * *
Mam słodycz w ustach -
gdybyś odważył się sięgnąć po nią,
swym ciepłym kocim językiem,
pochwyciłabym go łapczywie wargami,
oddając Ci część mego pragnienia.
Delikatnie, niczym po sieci pajęczej,
przesuwałabym usta po Twej szyi,
rytmicznie wirując nad Tobą.
Cicho wzdychając
przygryzłabym brzeg Twego ucha
i bez słów szeptałabym oddechem...
* * * *
|