|
* * * *
Korzeń mandragory
W Twój głos się wsłuchuję - stągiew dnia milczy.
I tylko złoto tak gra na strunach myśli,
jakby to żar zajął wrześniowe wieczory.
Nieodgadniony do końca korzeń mandragory -
trwam.
Koraliki różańca na kolanach.
Obłąkana cisza w winogronach.
Teofania dnia, a potem ciemność.
Głębia nocy - Twój konfesjonał.
I jeszcze raz przyjdzie smakować
tę gorycz do dna,
aż się jej nauczę i przekonam.
A wokół ludzie opadając szepczą.
To w żyłach czerwony szelest?
Zabawa w chowanego ze śmiercią.
Wieczność zanim policzę do czterech.
To trudne - tak obumierać.
I smakiem Ciała zmartwychwstawać w świeżość.
W tej pozornej ciemności dnia
rozpoznaję po omacku niebo.
27 września 2003 r.
Ogrodniki
I objąłeś rękami
W śnieg patrząc, w samotność patrzę.
Już niczego nie chcę.
Niechaj zapada wszystko teraz, kiedy tęsknię.
Przepalona do głębi zastygłam.
Zamknęłam się w muszli ciała.
Rozróżniałam kolory. Dotykałam.
Było we mnie coś na kształt lata,
lecz na twarzy szron i oczy, jak sople,
i ciężar oddalenia, który mnie przygniatał.
Pokój był zimny, jasny.
Nie wiedziałam o tym,
że przyszedłeś z raną w boku,
stróżką krwi na czole
i objąłeś rękami krzyż mojej tęsknoty.
6 lutego 2003 r.
Zrozumiem
Rozumiem mowę - echa pociągów, jak żurawie
ciągnących na południe sumień.
Ze stukotem kół zajeżdża lśnienie usypiania.
Z policzkiem przy szybie brudnej i sczerniałej
marzysz o jesiennych, pachnących winobraniach.
Szarpią mną stacje - szmaciana marionetka,
której niegrzeczne dziecko wydłubało oczy.
Teraz kiwa się w takt mknących krajobrazów
w nieogranioną noc z nieogarnionej nocy.
Siedzi Kasandra z torbą pasiastą przy oknie,
z palcem wygiętym, skrzywionym sercem.
W przestrzeń się wznosi kolejka pragnień
z nic nie widzącą zabawką w ręce.
6 maja 2001 r.
List do matki
Już umiem pisać bardzo dawno,
a jednak, chyba winien papier,
nie widzę liter na tej kartce.
Odgłosy kroków w korytarzu.
Śpiewy w kaplicy, cichnie wieczór,
wprawiony w ramę krajobrazu.
Siostra Leonia pochylona,
z różańcem w chudej dłoni.
Okno na ogród (czy oliwny?).
Cień krucyfiksu na podłodze.
I zapach kwiatów trochę dziwny.
Widzę Cię znowu w wyobraźni,
nad moim listem pochyloną.
Po raz kolejny nie zrozumiesz,
że była we mnie dzisiaj rano,
Jego cudowna nieskończoność.
15 czerwca 2004 r.
Asi J.
* * * *
Kontak z autorką: ka82@wp.pl
|