intro nowe oto my wiersze proza fotki wędrówki cytaty filozofia książki media czat! forum księga linki


TRASA: Węgierska Górka (PKP) - Abrahamów - Suchy Groń - Hala Rysianka - Hala Lipowska - Hala Boracza - Milówka(PKP)

Eskapadę tę odbyłem wraz z Arbim (patrz fotki) słonecznną sierpniową sobotę 2004 roku. Trasa ta przewidziana jest na około 8 godzin marszu i wiedzie przez jedne z najładniejsze zakątki tego regionu. Ze wzgledu na jej długość i miejscami mozolność polecam ją jednak tylko najwytrwalszym piechurom.

Wędrówkę rozpoczeliśmy skoroświt ze stacji kolejowej w Węgierskiej Górce, skąd prowadzi szlak czerwony. Za nim to też podreptaliśmy w promieniach porannego słońa w 4,5 godzinny marsz na Halę Rysiankę.




Początkowo droga wiodła przez asfaltówkę Żabnicy (którą to można dojść aż do przystanku PKS w Żabnicy Skałce skąd znakami czarnymi na Słowianke i Suchy Groń), by po 30 minutowym marszu - w czasie, którego jest okazja obejrzeć pomnik (bunkier i armaty) upamiętniający bitwę pod Węgierską Górką w czasie II Wojny Światowej - zejść w końcu na leśną drogę.
Tu jednak po kilku chwilach spotkała nas nielada niespodzianka (nad wyraz niemiła w skutkach!) w postaci zniknięcia jak kamfora czerwonych znaków. Szlismy jednak dalej, z nadzieja niezłomną, że niebawem ów znak nam się ukaże ponownie... Jak złudne to była nadzieje okazało się po kilkunastominutowym marszu wśród pól i łąk, kiedy to skonstatowaliśmy, iż znaku ni śladu a my z wolna zbliżamy się do jednej z dróg małej miejscowości zwanej Cięcina.
Mapa podpowiadała, że idąc ową drogą natkniemy się na znaki zielonę, które to miały nas doprowadzić do znaku, z którego zboczylismy, tj. czerwonego. Tak więc szliśmy ponad godzinkę asfaltową drogą zgodnie z tym, co na mapie rysowane, pytając się raz po raz miejscowych o trasę, Ci jednak niebardzo zorientowani w materii, o którą pytamy udzielali nam zdawkowych odpowiedzi nie przybliżających nas ni o metr do celu, a nawet wprost przeciwnie...
W ten sposób dotarliśmy do końca Cięciny, na nasze szczęście jednak znajdowała się tam leśniczówka, wraz, co nie dziwota, z leśniczym. Ten stwierdził, że Cięciny nigdy znak zielony nie przecinał (?!) i skierował nas przez las do Abrahamowa.
I w ten oto zawiły sposób, straciwszy już zaufanie do mapy oraz miejscowej ludności, nieco juz zdyszani, dotarliśmy spowrotem do szlaku czerwonego w spokojnej i cichuteńkiej osiedla Abrahamów (857 m.n.p.m.).
Po krótkim odpoczynku ruszylismy znakime czerwonym w 2,5 godzinną włóczęgę na Hale Rysianka. Droga wiodła po szerokich aczkolwiek bardzo błotnistych, lesnych dróżkach, gdzieniegdzie przecinanych urokliwymi polanami. Ostatni fragment zaś (ponad godzinka) to nadwyraz stromy i wąski odcinek (w pewnym momencie trzeba nawet skożystać z łańcuchów), sprwiający jednak, że trasa się nie przykrzy, a wprost przeciwnie przyprawia o dreszczyk emocji.
W końcu jednak już porządnie zmęczeni dotarliśmy pięknymi łąkami na Halę Rysiankę (1366 m.n.p.m.), gdzie zabawiliśmy kilka chwil, by zregenerować siły i napaść swe oczy zastaną tam cudowną panoramą.



Następnie za znakiem zielonym ruszyliśmy dalej w piętnasto minutową drogę do schrosnika na Hali Lipowskiej (1324 m.n.p.m.), skąd nie marudząc długo udaliśmy się w ponad dwu godzinną dreptanine na Halę Boraczą.



Trasa na Boraczą jest bardzo żmudna i przez większą część swego trwania prowadzi stromo lasem, gdzie niestety niechlujność rozmieszczenia znaków może wprowadzić jeszcze niejednokrotnie w błąd i w efekcie wywieść nawet doświadczonych górołazów w pole, którym bynajmniej wcale nie będzie Hala Boracza. Nam się jednak tym razem udało ustrzec przed pomyłką i w nieco krótszym czasie niż był przewidziany (pewnie dlatego, że znudzeni monotonną dreptaniną ostatni odcinek łąką biegliśmy niemalże sprintem) dotarliśmy do dość mało reprezentatywnego schroniska na Hali Boraczej (854 m.n.p.m.) otoczonego jednak przecudownej urody widokami.



Tu już jednak potężnie zmęczeni spędzilismy ponad godzinkę, leżąc tzw. plackiem i wygrzewając się już w popołódniowych promieniach słonecznych na jakimś pastwisku w pobliżu schroniska.
Czas jednak zaczął nas naglić, bowiem było już po 16 a pociąg z Milówki odjeżdż ać miał przed 19, tak więc wypoczęci trochę lecz obolali nieco ruszylismy w dalszym ciągu wiedzeni znakami zielonymi(skąd do Milówki miało być 1 godzina 45 minut!).
Niestety bynajmniej to okreslenie czasu nie odnosiło się do centrum Milówki a jej mocno oddalonych od niego peryferii, taki stan rzeczy więc, zmusił nas do przebycia połowy tego odcinka w tępie mocno zbliżonego do truchtu.
Na pociąg jednak ostatecznie zdążyliśmy i okropnie już zmęczeni ruszylismy do domu. Do słodkiego domu...