Piekielna groteska
Już tyle lat próbuje zgłębić świat ludzi i nadal nie potrafię go zrozumieć. Wydawało mi się, ze rządzi się jasnymi zasadami, ale gdy tylko lamie którąś z nich, okazuje się, ze każda reguła ma tysiąc załączników i tyle samo wyjątków. Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy zdaje sobie sprawę, jak życie uczy udawać... Życie to teatr, tylko ze większość nie ma powołania do aktorstwa.
Siedzę wiec i obserwuje. Nie chce się włączać w to marne przedstawienie. Świetnie się bawię patrząc z boku, ironizując i pokpiwając z tych, którzy udają, ze świetnie bawią się na scenie odgrywając kicz swojego życia. Dostrzegając rozbawienie piekielnego widza starają się jeszcze bardziej poruszać kukiełkami swych ciął i tak rozśmieszamy się nawzajem, tylko ze marni aktorzy, oślepieni blaskiem jupiterów nie widza twarzy swoich obserwatorów...
Na scenie, wśród tłumu błaznów SA tez i tacy, którzy cierpią. Już się nie uśmiechają, makijaż spływa im po twarzy. Staram się złapać ich spłoszony wzrok nim rzuca się ze sceny niewłaściwa droga. Upiorne marionetki z rozmazanym życiorysem, jedyni prawdziwi i jedyni, przed którymi Księżniczka schowa swoje kły. Jedyni, z których kapryśna piekielnica nigdy nie będzie się śmiać. Chce ich zaprosić na moja ławeczkę, mój genialny punkt obserwacyjny ukryty we mgle, pośród drzew. Chce ocalić tych skazanych na wymarcie, chce ocalić podobnych do siebie... Wcale nie jestem pewna, czy moja ławeczka, moja samotnia będzie dla nich dobrym miejscem. Być może, gdy uda im się zobaczyć to, co mnie tak nieustannie bawi, zmyją z twarzy makijaż kłamstw i półprawd, poczucia winy i obowiązku, i pójdą swoja droga, do swojej samotni, być może założą własna kameralna scenę, kabaret... Będą grac siebie: tragicznych i komicznych, ale bardzo prawdziwych, takich, którzy wyzwalają prawdziwe cierpienie i prawdziwa radość.
Moja ławeczka to tylko przystanek dla samobójców. Moje Piekło to raj dla tych, którzy z pustki zostali straceni. Tutaj ból naprawdę boli, a ogień spala. Tego uczy moje Piekło, tego uczy spojrzenie z perspektywy Upadłego Anioła. Witamy w kolejnym stopniu wtajemniczenia...
* * * * *
Diamentowe pola
Pobiegnij ze mną. Jest pełnia księżyca, pokaże Ci najpiękniejsze miejsce w Piekle, gdzie rodzą się wszystkie marzenia. Pole diamentów, nad którym unoszą się srebrno skrzydle istoty, strzepując pyl na nasze czoła. Istoty wirują w powietrzu, zbliżają się do siebie, obdarzają pieszczotami, wzlatując złączone jak owady świętujące cud płodności.
Mleczny blask rozlewa się po całym, skrzącym polu. Nie możesz oderwać wzroku od migoczących kamieni, od wzbijających się z ziemi istot. To nasze marzenia. W chwili, gdy ktoś zaczyna marzyć; o czymkolwiek, choćby była to najprostsza rzecz pod słońcem, ale wysyłasz o niej swa błagalna myśl; z diamentowej poczwarki wykluwa się srebrnoskrzydły motyl. Rozprostowuje swe giętkie ciało i wzbija się w powietrze ku wolności, ku muzyce, która go zrodziła. Popatrz, niektóre podlatują do siebie i łącza się w pocałunku...
Patrzysz zachwycony i wzrokiem odnajdujesz swoje sny, próbujesz je dosięgnąć ręka, ale mała wróżka umyka przed Tobą. Nie łap ich, daj im wolność spełnienia, życia własnym życiem, niech popłyną do księżyca.
Biegasz po polu diamentów goniąc swoja wróżkę, swoje wyśnione marzenie, a ja stoję samotnie ze łzami, których nie dostrzegłeś w moich oczach. Biegniesz za srebrnoskrzydła istota, bo nigdy nie pogodzisz się, ze moje skrzydła SA czarne.
Teraz uklęknij. Wplotę dłoń w Twe włosy i lubieżnie odchyle głowę do tylu. Przyłożę sztylet do bezbronnej szyi i jednym zdecydowanym pchnięciem podaruje Ci błogosławieństwo niewiedzy. Zgaśże światło.
Bo faktem jest, ze kocham ludzi. I ich nienawidzę.
* * * * *
Ptaki
Sepie myśli krążą nad upadkiem kolejnego zmarnowanego dnia. Zgrzebny i bosy o zachodzie słońca upadł twarzą na rozgrzany piasek. Nigdzie nie doszedł, niczego nie dokonał, niczego nie odkrył, nic nie zostawił po sobie. Sępy przysiadły wściekle rozczarowane. Zwłoki okazały się puste w środku.
Przyleciały wiec do mnie. To był mój dzien., to ja go wysłałam o świcie w drogę bez celu, to ja tworze dni jak bombie z czegoś, co dawno już dokonało żywota, to ja pozwalam na ich bezmyślne istnienie. Do mnie wiec przyfrunęły i dziobami w kształcie znaków zapytania szarpią moja szatę. Czarna tkanina wyrzutów sumienia obrębiona delikatna koronka nadziei została brutalnie rozerwana piskiem ptasich myśli. Stoję naga i czekam na ból. Ale ból nie nadchodzi. Otwieram powoli oczy - w krystalicznej ciszy patrzą na mnie tysiące ptaków. Nie rozumiem, na co czekają tak spokojnie...
Pierwszy nieśmiały glos odezwał się wraz z pierwszym rumieńcem nocnego nieba. Do niego dołączył inny i zaczęły się splątać ze sobą jak łodygi bluszczu. Ich pieśń nie była skomplikowana. Była manta powtarzana uparcie od nowa, modlitwa jednego słowa. I ta skrzydlata manta sprowadziła słonce. Nadszedł świt.
Wszystkie ptaki odleciały z upiornym wrzaskiem, zostawiając mnie naga, drżąca i bezbronna, ale bez jednego draśnięcia. Dziś nie wskrześże kolejnych zwłok, nie chce by ptaki powróciły. Tak bardzo się ich boje...
Po moim policzku bezszelestnie zsunęła się łza. Zamknęłam ja w dłoni. Po chwili... Poczułam delikatny trzepot miedzy palcami. W zagłębieniu dłoni, zamiast łzy spoczywał motyl rozkładający mokre skrzydła. Uśmiecham się do niego zdumiona i podrzucam w gore. Niech leci w stronę wschodzącego słońca.
Dziś ptaki nie wrócą...
* * * * *