|
Klown
chociaż tyle istnień wkoło
i choć w tempie dudni życie
nikt nie głowi się istotą
błagającą cicho zobacz mnie
bez kodeksów paragrafów
bez dochodzeń ingerencji
wszyscy w czarnych kominiarkach
z emblematem sami święci
cela ścian w odcieniach czerni
więzień strofy składa w wersy
opowiada o przygodach
komentują go szydercy
do serc ludzkich cicho pukał
echo w drzemkę też zapadło
każdy swe sukcesy mierzy
po cóż komu zbędny chaos
ludzkość pragnie w głos się śmiać
oczekując zrozumienia
ciepła słów silnych rąk
gestu darów prosto z nieba
zapał więźnia w ciszy zbladł
malarz kropel dwóch użyczył
z swej palety piękna barw
błękit łez pod oczy złożył
klownie nie wstydż się i płacz
Przyjacielu
witaj w świecie drzew
i krzewów
myśli w kołtun beznadziei
splątane a ty łagodzisz
słowami swymi okruchy
zwątpienia ukradkiem w duszy
zakamarki wnikające
jesteś podmuchem wiatru
ocierającego rosę
oczu nadzieją że życie
wciąż trwa mimo ciągłych potknięć
o własne niezrozumienie
nie upadam by móc się głośno
śmiać odbiciem twego uśmiechu
podaj dłoń poprowadzę
cię tą samą ścieżką
* * *
klaun zakochany klaun
on ma takie czułe serce
jest jak rozbity dzban
piszesz krótko nie zobowiązująco
kilka słów nic nie znaczących na
odczepne i sumienia wyciszenie
dla proformy gestu chęci dobrych
uśmiech runem jadu podszyty
i ta perfidia wyższości pełna pychy
bez honoru godności wiara w chwilę
egoizmu podnosisz pierwszy toast
za zdrowie tych którzy je mają jesteś
na wzór i podobieństwo staram się ale
cię nie rozpoznaję
co musi przejść obok nas
by móc człowiekiem się stać
Finito de la komedia
wpatrzona w przyćmione światła
dziecko niczyje żona nie
tego męża matka która
na strach czas utraciłam
bólu próg o dwa stopnie wyżej
bez uczuć
z kroplami potu na
czole tak młodym że stare
gdzie serca troska opieka
uśmiech sarkazmem podszyty
mróz czuję pytam ja córka
prawego Boga
rozbij prawdy dzban
poczujesz jak zionie
pustką
Spróbuję
niech mowa skromna powie co serce w
głuchej ciszy czuje wiatr przyjaźnie
pocałunkiem czułego dotyku częstuje
cicho szepcząc ucz się na nowo radości
dusza ufnością ku ludziom ropędzona
mija krętość zawiłości ścieżek każdą
z dróg zasłania krzew a na ziemi
kamieni tysiące samotność moja zapachem
ambry myśl uleciała zawisła nad
jarem ciężar samotni wagą niewinności
serce cichutko błaga życie moje litości
tyle wspólnych lat pustko czy drogę
odnajdę za oknem drzewo czule listkami
szumi otwórz wrota samotni wyjdź wreszcie
do ludzi Bóg wskazał mi drogę ku waszej
przystani splótł nasze drogi byśmy się
poznali ciepło się usmiecha na Swej
wysokości tak was będę łączył w mej
wielkiej miłości
Jedną drogą do
Zapatrzona w bezkresną dal
niedoścignionym myśli tokiem
błękitna łza po policzku piekącą
strużkę cierpień toczy schylona
znicz miłości zapalasz bolesne
wspomnień zamyślenie wiesz że
nie wrócą bezpowrotnie ciężkością
rozpaczy serca bólem cierpienie
pustkę wiatrem smaga żalu słów
nie dopowiedzianych anioł swym
skrzydłem cię przytula Bóg kocha
widząc mocy wiarę strunami liry
płyną słowa zza drugiej strony
owej granicy lekkością motyla
wsłuchaj się w ciszę głos nadziei
usłyszysz jedna nas w życiu wiedzie
droga tak bardzo kręta zagmatwana do
domu ojca wysoko w niebie
w górze chmurka błękitem cię wita syn znaki
promykiem śle zawsze będę cię
kochał więc proszę rozchmurz się
wyślij ku niebu ciepły uśmiech
jestem tuż obok choć nie cieleśnie
Bóg połączył mamo po wieki twoje
i syna twego serce
Samo życie
Aby zło mogło zatryumfować wystarcza aby dobrze ludzie nic nie robili
w mym oknie nie ma krat za nim się
drzewo zieleni ile to już wspólnych
chwil rozmawiamy same ze sobą długo
można liczyć dni lata całe układać
starannie licho w kącie szydząco drwi
w cieniu liści układam marzenia
o lustro w prezencie poproszę
w nim swój uśmiech nadzieją posklejam
zamknę oczy dotknę twej dłoni pierwsze
kroki postawię wolniutko dotknę rzęsą
najwyższej z fal szczery uśmiech jej
podaruję wrócę do swych czterech
ścian uchylę powieki pieśń wiary zanucę
gdybym poetką była wiersz bym napisała
w róże przybrałabym ranki i śliczne
częstochowskie rymowanki pisałabym
radośnie o płatkach śniegu zimą rodzącej
się wiośnie słonku upalnym latem liściach
złocistych jesienią dla ludzi samotnych
którzy mimo cierpień szczerze się śmieją
Bukiet Bzu
brałam w dłonie malutkie
chlebka kromeczkę małymi
łzami soliłam troszkę
goryczy smak czując
połykałam cichusienko
byś mnie Mamo nie
słyszała płakałam
Mamo ja się tak strasznie
boję cóż ja tutaj
właściwie robię w myślach
zadaję pytanie gdybym
zapytała wprost znów
dostałabym lanie kłamstwami
mnie karmiłaś na
uśmiech nie zasłużyłam
Skrzętnie go przede mną
ukryłaś kabel z żelazka
pas i kije Mamo pytałam
w myślach za co mnie bijesz
Małe ciałko pokornie cierpiało
biłaś mocno lecz serduszko
bardziej bolało ono bardzo
cię Mamo kochało tak czekałam
na wiosnę i bzy chciałam na
dzień Matki przynieść
najpiekniejszy bukiet ci
wyrwałaś z mych rączek pęki
pachnącego bzu nie stałaś się
Mamą z mego dziecięcego snu
* * * *
|