|
Tęsknota
Owego alabastrowego poranka byłem człowiekiem bezrobotnym, choć zmysły moje zapracowane chłonęły bodźce dobywające się zza okna mojej małej nadmorskiej mansardy wynajmowanej za grosze od starego Henryka. Bo tam wschód słońca, plażowy wschód, osamotnione bursztyny i chwilowy brak stóp na piasku. Północna Polska, wybrzeże przecierało dopiero oczy po długiej turystycznej, skąpanej chciwie w światłach neonów i pubów nocy.
W tym samym czasie w Polsce południowej, na ciasnych murach górnośląskich miast, dogorywały z wolna strzępy plakatów z twarzą, której znałem każdy szczegół, zagłębienie, grymas; twarzy, którą utraciłem bezpowrotnie cztery lata temu po Jej tragicznej śmierci w wypadku i mojej tutaj ucieczce.
Pewnie wielu już tam o mnie zapomniało, kilku może jeszcze pamięta, garstka tęskni, dwoje wciąż szuka. O Niej pamiętają wszyscy.
Bałtyk. Pamiętam, że nie lubiła morza, kochała góry. Pokochałem więc góry, bo kochałem ją. Z czasem ja - wielkomiejskie zwierze, dziecko epicentrum śląskiej aglomeracji - nauczyłem się słyszeć letni szept leśnego potoku, patrzeć tkliwie na łąkę pełną głów stokrotek.
Muzyka. Kochaliśmy muzykę. Byliśmy wtedy studentami Akademii Muzycznej, we mnie był smutny dźwięk saksofonu, Ją pasjonowała klasyczna gitara. Rano schodziliśmy z gór, by grać. A więc graliśmy na trotuarach turystycznych kurortów jezzowe i bluesowe standardy. Nuty płynęły długimi godzinami, ludzie przystawali oniemiali, lecz mniej z powodu nut, ale przede wszystkim z powodu Jej blasku i słanych do mnie jak motyle czarujących uśmiechów. Pamiętam i zawsze będę pamiętał - stała z gitarą w zwiewnej błękitno - białej sukience, blond włosach opadających jak strumienie, całe kaskady strumieni, na delikatnie przybrązowione słońcem ramiona. Błękitne oczy, jeziora pełne nadziei, błyszczały w słońcu i pogodzie ducha. Bo ona zarażała optymizmem, dzieliła nim się ze mną - czarnym krukiem beznadziei i cynizmu.
- Przy Tobie staję się lepszy, czarny kruk, który we mnie rozbłyska, jaśnieje - często Jej powtarzałem,
- To miłość sprawia, że jesteśmy lepsi, pamiętasz myśl Pestalozziego: Miłość wybiera sobie małe miejsce, które rozjaśnia; wszystko pozostałe jest w jej cieniu? - jesteś moim małym miejscem, na które już zawsze będę rzucała blask, nie lubię czarnego kruka w Tobie,
- I ja go w sobie nie lubię, dlatego tak dobrze mi z tobą, bo wtedy on odlatuje, nie ma go, osieraca mnie do jasnej radości.
Delikatność. Dziś umiera delikatność, wulgarność i chamstwo wypierają subtelność. Ona była skansenem delikatności. Jej sposób poruszania, dotyk, sposób w jaki mówiła przyrównać by można do muśnięcia płatków róż.
Po naszych ulicznych koncertach siadywaliśmy w naszej ulubionej, zacienionej kawiarni, zamawialiśmy lekki obiad. Kochałem patrzeć jak je, tak jak kochałem ją. Subtelne ruchy, półuśmiech, jej dobry uśmiech. Łagodny głos mówiący o poezji, pięknie lub zwykłych, codziennych sprawach nijak nie pasował do kawiarnianego gwaru. Wtedy tak niewiele rozumiałem z tego co mówiła.
Wieczory. Z nią nasze wieczory kochałem. Po obiedzie wracaliśmy w góry, nasze góry, gdzie ja dopiero zaczynałem poruszać delikatne struny swej miłości do nich a ona je znała na pamięć, bez zastanowienia nazywała szczyty majaczące w dali na horyzoncie. Docieraliśmy do bacówek naszych, by tam cieszyć się wspólnie zieloną herbatą pitą wieczorami w grubych swetrach na ganku pośród dogasającego dnia. I były rozmowy niekończące się, śmiejące do gwiazd.
Dziś jest alabastrowy nadmorski poranek. Wychodzę w tłum, na trotuary tłocznych kurortów, żeby samotnie grać swoje melodie, swoje melodie dla niej z czarnym krukiem w sobie.
* * * * *
Bejdaka
Słońce, złocisty kwiat nieba, żegnało się nieco nazbyt ckliwie ostatnimi muśnięciami promieni z horyzontem, wstawało z wolna tak jakby po długiej nocy przegadanej z samym sobą - czasem trzeba porozmawiać z samym sobą, by z sobą samym móc się pokochać - ociągało się, by w końcu rozciągnąć na czystobłękitnej wesołości niebo. Stamtąd przyglądało się ludziom - istotom, których tak naprawdę tysięcznie nie lubiło za ich ślepą pyszałkowatość, permanentny indyferentyzm i bzdurne przekonanie o tym, że okiełznali świat ze wszystkimi jego żywiołami.
Najpierw był pędzący tłum jakby wiedziony gdzieś, ku czemuś najpewniej złudnemu, nieokiełznaną, szaleńczą wręcz poriomanią. I on tam był również - smuga światła zmierzająca wbrew cieniowi rzucanemu przez tłum, ale nie był on odtrącony przez tłum - szedł z wolna, podczas gdy tłum gnał gubiąc modne kapelusze, ochronne parasole i portfele przepełnione dumą ze swojej tożsamości. Najpewniej nie był on odrzucony przez tłum, bo swój trakt, chwiejną ścieżkę linoskoczka abnegacji obrał sam.
On - uśmiechający się na cale niebo do wszystkich i wszystkiego staruszek w tyrolskim kapeluszu i czerwonych, zawsze odwiązanych trampkach - trwał łagodnie strzegąc siebie, ale i prawd, chyba, o których świat nie miał czasu już pamiętać, lub może po prostu chciał zapomnieć, ukryć w gęstej mgle niepamięci.
Bo Bejdak przy całym swym łagodnym buncie był kwietystą pogodzonym z tym, że chyba tak musi być, bo musi być ruch, by mógł być bezruch, musi być szaleństwo, by mogła być - choćby pozorna, mglista, definicyjnie mocno zalabastrowiała - normalność, wszak świat zbudowany jest z półkul, dwóch podobnych, lecz różnych części jednej całości.
Później był on, zbierał skrzętnie czerstwe kawałki chleba z wilgotnej od potu tłumu ziemi i nosił w żółtym, workowatym chlebaku z wyhaftowanymi nań pomarańczowymi grochami, po to tylko by karmić tych najmniejszych, ale i najwierniejszych z przyjaciół człowieka - ptaki, które niczym anioły nasze wiecznie stróżujące nie opuszczają nas na krok, pomimo tego, iż wdarliśmy się w ich lasy i łąki spokojnie harmonijne.
Potem była chwiejna, odrapana ławka w zacisznym kąciku parku miejskiego, na której to zawsze przysiadał i stroił złośliwe miny do słońca, które jak przeczuwał niezbyt lubiło ludzi. On jednak lubił słońce, bo lubił wszystko co żyje, a wierzył, że słońce tak jak i trawy, a nawet kamienie żyją i mają swoją historię, czasem nawet ją opowiadają, co przejawia się w ludzkim zdawaniu się...
A później karmił ptaki chlebem swej prostolinijności i poił je zdrojem dźwięcznego śmiechu rozbrzmiewającego jak cały dwugłosy chór wesołych świerszczy schizofreników. A ptaki siadały mu na ramionach jakby dziękując za jego altruistyczną, bo prawdziwą dobroć względem nich.
I podbiegały bezpańskie psy i łasiły się czule do nóg starego Bejdaka, który nie szczędził im spontanicznych pieszczot, droczeń oraz długich rozmów szeptanych o ciekawych czasach, w których przyszło im wspólnie wieść życia kolorowe nici.
Na samym końcu było pogodne zgaśnięcie chudej świeczki dobrego życia - śmierć uśmiechnięta, jak zawsze trochę niespodziewana i niedowierzająca, że to naprawdę już. Tak jak żył, odszedł ten, który od świata nic nie chciał, ale i od którego nic właściwie nie chciał świat, a przynajmniej tak mu się wydawało. Może poza tą jego wierną opieką nad parkowymi aniołami zaklętymi w małe i wiotkie ciała ptaków i wyleniałymi, opuszczonymi przez ludzi - chyba tak jak Bejdak sam był przez nich opuszczony - psów.
Zaskowyczały psy przeraźliwie, którym coraz chłodniejsze ciało nie odwzajemniało już pieszczot, posmutniały stada ptaków, zaniemówiły, nie dlatego, bo odszedł ich chlebodawca dobry, ale dlatego, bo odszedł ich brat.
A tłum przechodził prędko obok ze swoimi teczkami, głowami pełnymi spraw, wypchanymi portfelami i marzeniami o końcu dnia, i tylko czasem ktoś spojrzał w kierunku śpiącego, lekko uśmiechniętego jakby do wiernych swych wianków, całych kobiercy ptaków, które go otaczały i psów wyjących do słońca.
A słońce, złocisty kwiat nieba, żegnało się - jak to ono miało w zwyczaju - nieco nazbyt ckliwie ostatnimi muśnięciami promieni z nieboskłonem, z wolna kładło się jak co dzień za horyzont spać z tą samą, wciąż tak niezrozumiałą dla siebie samego, tęsknotą za ludźmi, których na swój sposób jednak chyba trochę lubiło i bardzo w nich wierzyło, wszak póki w świecie istnieją Bejdaki, nie zgonie on marnie, nie zginie...
* * * * *
Wielkie Świata Zapytanie
Kimże ja jestem Miłościwy Niebiański Turskusie - ja, chodzący to tu to tam pod prześwietnym Twoim dachem, tak bezmyślnie korzystający z Twojej bezbrzeżnej i altruistycznej gościnności. Czymże jest mój żywot naziemny wobec twej błękitnej doskonałości, marną ulotną materią tylko, wygrzewającą się w świetle niezmiennych, wiecznych i doskonałych idei Twojego jestestwa.
Czymże jestem Im, czymże jestem Tobie i sobie...
Kimże ja jestem Kłosie Trawny Targany Wiatru Westchnieniem - w koloryt ubogim bratem Twym człowieczym, który stara się nie ulec tym drganiom rozszalałego powietrza, któremu wydaje się, iż okiełznał naturę, bratem Twym, który depcze po jestestwie Twoim ciężkimi, bezlitosnymi stopami obutymi straszliwie i krwawo (a buta zelówka jak granica na dwóch odmiennych światach naszych...).
Czymże jestem Im, czymże jestem Tobie i sobie...
Kim jestem, powiedz, Cieniu Mój Nieodzownie Naziemny - może tylko niezgrabnym Twym odbiciem jestem, może to Ty właśnie żyjesz wspaniale i prawdziwie a ja tylko nieudolnie próbuje Twe życie odtwarzać, kreśląc w powietrzu kręgi szaleńcze członkami swymi nieporadnymi.
Po której stronie lustra dzielącego nasze dwa istnienia leży, stoi, porusza się Prawda - ta Pani nad Paniami, siostra Kłamstwa i Złudy.
Czymże jestem Im, czymże jestem Tobie i sobie...
Kimże jestem, powiedz proszę, Świeczko Istnienie Mojego - tak wielu widzi we mnie tak wiele, podczas, gdy ja w sobie dostrzegam tak niewiele.
Tak wielu widzi we mnie dwie twarze różnobarwne - jedni kaprys jaki widzą, lub tylko widzieć chcą - kaprys radosny, pocieszający i bawiący słowem kruchymi, inni zaś tego poetę młodego, ten stos myśli wiecznie płonący nieco odmienny od tego świata i ludzi, których on nosi, który wciąż szuka siebie i swej utopii dożąć być może ku samozagładzie jak wielu dążyło przed nim (dążyło i dotarło...), lub też do spełnianie pięknego, do lawirowania pośród gwiazd cudnych, do gry w karty z księżycem, do długich nocnych dysput z zaspanym słońcem.
Czymże jestem Im, czymże jestem Tobie i sobie...
Kimże ja jestem Słońcem Uśmiechnięty Boże, tym kim żeś mnie stworzył czy tym kim stworzył mnie świat lub ja sam się stworzyłem?
A może twym odbiciem Boże jestem, może na prawdę Twym odbiciem dobrym i cudnym, stworzony by być taki jak Ty wspaniały - dobry i miłosierny, na obraz Twój i wspaniałe podobieństwo Twoje.
Obym tylko sprostał temu coś mi wyznaczył, obym potrafił nieść ten garb wciążrosnący grzechów swoich i krzyż problemów coraz cięższy.
Czymże jestem Im, czymże jestem Tobie i sobie...
Uciekam w zapomnienie goryczne, w snu łąki szlachetne, oczyszczające uciekam, tak by na nowo narodzić się jasnym świtem, tym kim byłem zanim się owy przecudny świt stał, tak by obudzić się tym kim jestem bezsprzecznie i prawdziwie, tak by obudzić się Wielkim Świata Zapytaniem.
* * * * *
Po co istnieje człowiek?
Autobus szalał po ulicy dziurawych wstęgach a ja w nim, ale jakoby mnie w nim nie było, jako bym był gdzieś tam z dala od ciała swego w myśli bezkresie zanurzony, niczym ten topielec w rzeki dzikich odmętach, lecz ja nie potrzebowałem ratunku, ni pomocy, nie bałem się nikogo ani niczego.
Z każdą minutą, sekundą każdą zanurzałem się wciąż głębiej i głębiej w tą moją rzekę z myśli. Stopniowo stawałem się tąrzeką, tą myślą, choć czy nie każdy z nas tylko myślą czyjąś jest?
Myślałem o sobie, człowiek - Ja. Nie, nie myślałem o sobie tylko, nie tym razem, albowiem tym razem myślałem o ludzkości, o pyle marnym obecnego wieku, czasów obecnych - złych lub dobrych, uczciwych lub nieuczciwych, prostych lub krętych, wszak każdy widzi je na swój sposób, sobie tylko właściwy i niepowtarzalny.
Po cóż masz ręce Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by nic nie robić? By ranić na wskroś? Czy też do dobrych czynów i pracy są przeznaczone? Do dobrych czynów powiadam! Albowiem gdyby do ran zadawania służyć w zamyśle swym miały, to siekierami by były, lub noży nadostrych ostrzami. Do dobra czynienia, stworzone, do dobra powiadam i pracy nad siły potne...
Po cóż masz usta Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by jadem, kłamstwem i złem parskać raz za razem w oczy ludziom, w ich twarze wynędzniałe i czasem chłostane i pod ich nogi naziemne? Czy po to usta twe, płatki róży przecudne, stworzono? Czy też do dobrych słów jak miód, do prawdy jak źródlana woda i do pocałunków miłosnych i wiernych? Do słów szlachetnych, słów miłosnych i słów prawdziwych stworzone są! Albowiem, gdyby usta twe służyć by miały do jadem, kłamstwem i złem parskania, czyż nie lepiej by było w ogóle ich nie mieć?
Po cóż masz myśli Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by snuć intrygi jakieś ku złu i krzywdzie drugiemu? By chwaścić głowę swoją tym co wypowiedzieć wielu było by niemożliwym, nieosiągalnym, plugawym i nieczłowieczym? Czy tez po to by świat uzdrawiać każdego dnia, wszak każdy czyn rozpoczyna się w głowy cienistym sklepieniem, słowo każde tam też bierze swój arche, iskrę oświecającą. Bowiem gdyby myśl twa plugawa i zła miała być miast głowy śmietnik byś dostał, tak by cała plugawą i złą zawartość bez słów było widać. Nie po to, mówię, nie po to masz głowę wspaniałą, mysli cudownej dar, by go sprzeniewierzać i zagłuszać śmietnika odpadami.
Po cóż istniejesz Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by ranić, opluwać, okłamywać - słowem nie żyć wcale? Po cóż istniejesz, stworzony na podobieństwo Boże? Czy nie po to by żyć w pełni, nie robiąc nikomu i niczemu krzywdy żadne, żyć w prawdzie i zgodzie ze światem i ludźmi - słowem żyć pełnią? Po to zaprawdę i bezsprzecznie właśnie żyjesz, stworzony na podobieństwo Boże, pyle marny tych czasów i wieków, by właśnie Bogu i ludziom być przyjacielem i towarzyszem, po to właśnie i dlatego.
Żyj więc tak jak należy a przyjacielem bożym i ludzkim będziesz i co najważniejsze własnym przyjacielem będziesz, bo cóż wspanialszego by może od myśli co rano, od myśli u kresu a zarazem i na początku, od myśli owej, że się nikogo nie skrzywdziło, że było się dobrym człowiekiem (eh, człowiekiem choć raz być komuś!), że się było (i będzie na wieki wieków amen!) przyjacielem samego Transcendentalnego Boga.
Autobus szalał po ulicy dziurawych wstęgach a ja w nim spałem snem spokojnym, snem niezmąconym, snem prawych myśli, rąk i ust.
* * * * *
Na świat me patrzenie
Niewiele mam rozumu. Jedno jednak wiem na pewno i bezsprzecznie, niezłomnie i odwiecznie. By dosięgnąć szczęścia, żyć w prawdzie i dla prawdy trza. Żyć z otwartymi szeroko oczami, sercem i umysłem, wszak tylko to daje życie w prawdzie.
Często krocząc zwolna lub siedząc tylko to tu to tam, spoglądam w gołe, nagusieńkie całkiem niebo, bez chmurzenia żadnego, bez cienia choćby, zupełnie nic, tylko błękit niezamącony. Tylko niebo i jego owoc słoneczny trwają tak im, nam. Trwają wiekami niezmiennie i niewzruszenie ludzkim tchnieniem, postanowieniem czy czynem nagłym. Ale nie o tym tu, nie teraz...
Wiodę więc mym błękitem ludzkim, wewnątrzocznym po błękicie nadziemności bezkresnej, po dachu nieba szczelnym. Później zmęczony już nieco tym bezkresem i zadzieraniem głowy swej w nieiosa, wzrok swój kieruję na drzew rozśpiewane korony i krzaków grzywy niepokorne. Tam tkwi prawda żywa. Życia esencja niezmazalna czasu wiatrem, tkwi tak na wyciągnięcie ręki. Nie jak zakazany owoc a jak prezent, nie jest ważne teraz czy matki natury, Absolutu jakiego czy żartu losu tylko.
Ważne jest to, że ostatecznie wzrok swój zmęczony lecz radości i piękna pełen kieruje na twarze ludzi, maski niekształtne jakieś. Twarze bruzdami cierpiących rzek pokrytych, karczowiskiem życia. Bieżnia nieprzebyta lat wszystkich - 20,30,40,50,60 i dalej i głębiej w losu przepastne podwoje.
I łzy mi do oczu nabiegają, kołek smutku straszliwego jaki zatyka przełyk więziąc śline, która ni w tą ni w tamtą . Dłoń goryczna chwyta serce i podrzuca je, bawi się nim jak dziecięcą zabawką. Serce to nie zabawka, po trzykroć powtarzam - serce nie jest zabawką i bawić się nim nie można.
Eh, jakiż żal nieprzejednany wzbiera patrząc na te zwieszone głowy, pośpiech i smutek okalający twarz. Podczas gdy do koła tyle piękna i życia fruwa, biegnie, pełznie, przemyka, świeci lub tylko po prostu trwa.
Ja co dzień dziękuję patrząc pewnie w niebo za każde tchnienie wlane w moją młodzieńczą pierś. Za każdy uśmiech słoneczny, ale też za deszczu radosne strugi, za smak deszczu noszony na wargach i łapczywie łykanym jak życiodajny sok jakiś.
Ja niewiele mam rozumu, ale było mi dane pojąć tę prawdę iluminowaną, że żyć trza z duszą, sercem i umysłem na oścież rozwartymi. Ludzie do koła zaś ślepi tragicznie są, głusi i pozamykani na cztery albo i osiem spustów nie żyjąc wcale. Powiadam wam więc pokornie jak pokorny, ale i wesoło jak wesoły może być ptasi śpiew o poranku wśród rosy i mgieł nocnych.
Wciąż widzę pośpiech. Skronie zroszone potem, nie równe oddechy. Czyż pośpiech nie jest największa z możliwych strat czasu? Ileż to rzeczy dobrych, wzniosłych i pięknych można by zobaczyć lub uczynić w czasie kiedy gubimy chwila za chwilą śpiesząc się do rzeczy błahych i pozornie ważnych z tym swoim smutkiem tak zawziętym i upartym. Nie gubić czasu to prawdziwa zdolność. Ale nie o tym, nie teraz...
Nie wiele mam rozumu. Jedno jednak wiem na pewno i bezsprzecznie, niezłomnie i odwiecznie, trzeba cieszyć się każdą chwilą, każdym mrugnięciem oka, gestem i słowem, albowiem nie znamy ni godziny ni dnia nie znamy. A każde tchnienie, oka zmrużenie, chwili blask, gest czy słowo mogą być ostatnie. I przyjdzie czas, że ze wszystkich przyjdzie nam się skrupulatnie rozliczyć i odpokutować.
Nie wiele mam rozumu...ale to wiem na pewno.
* * * * *
Blask chwili oczyszczający patrzenie.
Czasem przychodzi takiej chwili blask oczyszczający patrzenie, który sprawia, że nasze oczy zaczynają dostrzegać rzeczy wcześniej przez nie niedostrzegalne, że patrzymy patrzeniem odmiennym całkowicie, słuchamy słuchaniem innym i dotykamy dotykaniem swym nowym spraw i ludzi, którzy tak bardzo wydawali się nam znani. Widzimy w nowym blasku chwili oczyszczającej patrzenie świat stary: nadrzewną gałąź giętką, zieleniące się pozorną radością listki nagałęzdne, chmur kwitnienie na łace bezkresnego nieba albo porą zimową śnieg stoponośny tudzież wewnątrz gołębny głód nadśnieżnie zabójczy i osłabiający.
Pośród tych zdarzeń przyrody obserwujemy inne - człowiecze losy w odmęcie spraw a wraz z nimi człowiecze cienie złudne, które przy pierwszym rozpoznaniu wydają nam się takie podobne nam, takie ciepłorękie i goracokrwiste, jak my. Pośród wszystkich tych przejmujących zjawisk przyrody dane nam obserwować ludzi i ich cienie, tak w przychylności nam zastanawiających - nie zjednani kompani życiowych szlaków pokrętnych i prostych dróg zabaw towarzysze.
Pozorne wszystko jednak, wszystko zdaje się...
Albowiem nadchodzi czas, kiedy chwil zaszłych łańcuch jawiący nam się jako przecudnej urody przecina się z tym blaskiem chwili oczyszczającym patrzenie nasze. Dostrzegamy wszystko na nowo, wszystko i od nowa. Bowiem blask nowy rozprasza cień stary. Ludzi, którzy nam przychylni tak podejrzanie, tak dobrzy i jowialni stają nago w prawdziwym świetle tylko z tym listkiem Adamowym jak tarczą, a czasem nawet i bez niego. Ludzkie cienie znikając w popłochu przed chwilą niosącą światło oczyszczające patrzenia. Znikają pozostawiając tylko nagich ludzi dawniej nam przychylnych, którzy w jednej chwili świetlistej przeobrazili się z niezrównanych, ciepłoręcznych towarzyszy dróg wszelakich w fałszywców przegnitych plugastwem swym na oścież, na wylot marny.
Tak więc, kiedy cień ludzkiej fałszywości przegoniony przez chwili blask oczyszczający patrzenie w pole daleko i bezpowrotnie, nie smuć się człowieku, bo dar i szczęście spadło na oczy twe i serce niezłomne. I odsłoniło nikczemność czynów, podłość myśli i fałsz słów ludzi. Nie szlochaj skrycie człowiecze, który jak ja w cień złudny tak długo patrzyłeś, będąc pozornie szczęśliwym, lecz żyjąc w nieświadomej nieprawdzie. Nie roń łez potoków, za chwilami, które niegdyś tyle radości dawały fałszywej. Nie tęsknij więc nigdy za tą przyjaźnią nigdy nie byłą, za tą marą dzienno - nocną, co ci serce kaleczyła, lecz ciesz się mądrością przez blask chwili oczyszczającego patrzenia podarowaną.
Schowaj w zapomnienie gniewu i nienawiści drzemiące pokłady, albowiem one zniszczyć cię mogą i na wiór wysuszyć w obojętności wobec świata i ludzi, a może ludzi i świata? Nie bądź zgorzkniały, bo to wygrana ludzi kłamliwych nad tobą. Po stokroć nie gorzkniej w swym odseparowaniu! Nie to jest drogą, nie to jest celem, nie to powtarzam, bowiem, żyć trza pełnią nie zaś obok, a z ludźmi, do skutku, kochając. Żyć z ludźmi i dla ludzi trza nie zważając na rany trudnobliźniące, na potwarze nieustające, na zło i brak panaceum, z ludźmi trza żyć, z ludźmi i ich cieniami...
Dzięki Ci o Chwilo Świetlista za dar tego błogosławionego, prawdziwego patrzenia, bo choć początkowo sobą tak wielki ból, rozczarowania i samotności przynosisz, to w końcu dajesz najbezpieczniejsze ze schronień wszelakich, bo schronienie w prawdzie.
* * * * *
Ciszy trzeba.Cicho...cicho...cicho...tak by świat nie usłyszał, że jestem tuż za jego dnia świetlistymi plecami i nocy czarną pięścią...
Cicho...cicho...cicho...tak by ludzie wszyscy pod nieba cudownie jednym nieboskłonem nie słyszeli mego krzyku opamiętliwego o mur z impetem wielkim roztrzaskanego i poźniej drżącego latami jeszcze na wiatroskrzydłych aniołów wargach wyschniętych i spękanych upałem piekieł...
Cicho... cicho...cicho...tak by zrozumieć własne trwanie tu w mgle codziennych spraw, by nie przewrócić i tak już przechylonego na bok lekko a tak pilnie niegdyś stawianego myśli własnych stosu...
Cicho...cicho...cicho...by nie spłoszyć siebie stąd, albowiem Oni nie wiedzą, że dla wszystkich jest tu miejsce, by stopę swą ogrzać, by tchnienie swe zatrzymać tu chwil parę...
Cicho...tak, już tylko cisza przemyka po ziemskich bagnach krwi politycznych rozrachunków, zgliszczach i pożodze chciwością naznaczonych ludzkich majątków latami gromadzonych...
Pozostała tylko cisza...i zaklęty w niej śpiew tych, kórzy kiedyś się skradali za każdego dnia plecami i nocy pięścią...
* * * * *
Do celu.
Idę a jakobym nie szedł, tylko jakobym tańczył ze swym zawieszeniem w pustce jakiej, która to w napotnych kroplach czoła innych przytłacza, mnie zaś dając schronienie i pozwala odbudowac siły. W pustce pozwalającej mi obserwować pęd krawatnych mężczyzn i kapeluszne kobiety pędzące...tylko gdzie, tylko po co?
A może ja o czymś nie wiem, może nie słyszałem czegoś wsłuchując się w własne bicie serca tylko, przecież tak bardzo niezrozumiałe często mi są cele ich wyśnione niegdyś, ich rajów naziemnych w materii człowieczej zaklętych, ich kaganków na wpół świetlnych dogasających z każdym tchnieniem ich ust, mrugnięciem oczu, krokiem chwiejnym i niepoewnym...
Może to oni wiedzę dzierżą tajemną - nawet im, która daje siłę taką by pewie tu trwać, burzyć harde odmęty codzienności. Ale przecież ja też trwam trwaniem swym młodym jeszcze, pewnie i niezłomnie trwam.
Trwam i mam siły choć me oczy zmęczone nieco w inną stronę krwią nabiegają i w inne zgoła cele wpatrzone...choć może w gruncie każdej z rzeczy to są te same cele co ich, tylko inaczej zdefiniowane, postawione chwiejnie ...a może cele życia swego nazwać trudniej niżli je realizować, bo jakże realizować można coś czego się nie wyznaczyło, nie nazwało...
Gwiazdo Późnonocna i Ciebie Trawny Kłosie Wiatropochylny proszę więc prowadźcie me kroki człowiecze, tak by ku celowi swemu bespiecznie i pewnie zmierzać mogły, posród zawieruch dni i mar nocnych, prowadźcie, bo umysł mój ludzki tylko, celu tego nazwać nawet nie potrafi...
* * * * *
Poza tłumem
Bezmiar ludzkiego tłumu płynie po wszelkich możliwych powieszchniach. Kołtuni się w nim kołtuneria, inteligenci się inteligencja i zarabia, czasem na śmierć nawet, klasa robotnicza - pozornie wszyscy razem a jednak osobno,jak atomów dziki, indywidualistyczny taniec, tak głęboko najgłębszą osobnością naznanczeni - skłucona i rozczłonkowana masa, wciąż człowiek człowiekowi wilkiem co dnia, co noc, co byt płochy i co śmierci kosa...
Wszystko to wiekami trwa w kotle materii i wrzątku irracji, lecz wbrew pozorom złudnym, wszystko to karmii kolejne pokolenia ideologiami szalonych jednostek, które kiedyś z tłumu wybiegły, bo za cisno było im, bo za duszno było im, bo za niejako było im, bo myśli lotnych nielotny ścisk nie pozwalał im oddychać, wzlecieć, żyć.
Wychodzili z ludzkiego tłumu, by stanąć samotnie na plaży słuchając wściekłego krzyku mew, patrząc w błękit nieba oraz morza w wiecznym pocałunku horyzontu sie zbiegających. Za nimi zaś stał wiecznie szumiący lasu cień, za nim zaś ten ludzki tłum dziki i jego gwar niesiony w niebo na wargach wiatroskrzydłych aniołów stróżow...
A jego myśli płąneły ogniem tysięcznym tworząc kształty nieznane dotych czas, dotykały sprw dawnych wyznaczając im nowe kształty, nową formę treść starą paląc na popiół...
Nie bujcie się więc w samotności iść, być opowiadaczami własnej historii, odmieńcami pośród tłumu. Tłum ku materii pędzi albowiem materia na krotka metę żyć mu daje nie zaś jak myśl dająca wytchnienie i nowy bieg cywilizacjom. Powiadam więc nie dajcie się zadeptać tłumowi albowiem górujecie nad nim, bo czyż tłum może istnieć bez jednostki? Zaprawde nie, lecz jednostka bez tłumu trwać może i to jak dalece sprawniej niż w tłumie...
Myśl wielkich samotnych usprawnia od wieków tłum, pomaga mu rosnąć i przybierać na sile, lecz by płodzić ją trza tłum opuścić by stanąc na plaży samotnej wśród krzyków mew odbijających tłum dziki, lecz nie jak on więziących jednostkę...nie bądźcie więc tłumem a z tłumem bądźcie...myślcie i sprawiajcie, że tłum bedzie mądrzejszy i co za tym idzie szczęśliwszy, bo nie ma szczęścia bez mądrość, bezsprzecznie i pewnie nie ma...
* * * * *
|