|
* * * *
"Świętochłowice - Lipiny"
zaszła słońca ognista twarz
za hałdami Świętochłowic
krwawe wstęgi w nieba szkle
nie chcą na czerń nocy godzić
bo noc tutaj hardo kroczy
po łzach węgla niczym rosą
po łbach kocich tak pijanych
tak boleśnie no bo boso
kotów czarnych głuche szepty
górnośląskie miasto nędzy
kamienice grzane węglem
marzeń sześćdziesiąt tysięcy
wstaje prędko nowy dzień tu
boi się zobaczyć prawdę
a i ja ocieram oczy
wspominając czasy dawne...
Nasze wędrowanie
W łąkach Twoich oczu błądzę
Stokrotny dywan gdzieś tam wiedzie mnie
Ku słońca promieniom motylim
Gdzie trawa w rosę zaklina łzę
Po gór policzkach rozsiewam wzrok
- Rumiana gleba warg mych chłopięcych
Gasi odcisków wędrowny ból
I starcza cudnie zamiast pieniędzy
Kroczę po niebie Twego czoła
Czasem ten błękit jest taki chmurny
Usiąść z Twą myślą tak na chwile
Wytchnienia szukać w świecie szumnym
Płatki róż Twych ust zrywam rankiem
Witając cudną słońca żarówkę
I śpiewam hymn dziękczynny Bogu
Za Ciebie i tę naszą wędrówkę
Dedykowane Kasi
Wędrowanie
Upuszczam krwi krople na to co ludzkie
Na to co boskie upuszczam łez potoki
Kroczę pośród łez i krwi taki ufny
Aż skoczy się ziemia albo moje kroki
Po kolejnym ataku
ten świat umiera wolno
z każdą bombą jak tchem
nieodwracalnie żałosnym
oddanym w wieczności mgłę
(Po ataku terrorystycznym 11.03.2005 w Madrycie)
Marzeń mych ptaki
Dzisiaj z serca wypuściłem dwa ptaki
Mych marzeń strzelistych, złocistych
Nie byłem w stanie karmić ich dłużej
Rzeczywistością zwodniczą, zbrodniczą
Nie ma czasu umierać
Wiem, że kiedyś przyjdzie dni kres
Młody jednak świecy starz
Myśl i serce płoną tak
Któż umiera w wiosny czas?
Wiem, że kiedyś przyjdzie dni kres
Świecy wosk swe wianki plecie
Knot jednak dosięga nieba
Bo któż pragnie umrzeć w lecie?
Wiem, że kiedyś przyjdzie dni kres
Świeca długość swoją zmieni
Wciąż tkwi jednak w blasku żywym
Któż umierać chce w jesieni?
Wiem, że kiedyś przyjdzie dni kres
W końcu zgaśnie świeca harda
Lecz nie teraz, Boże proszę!
Przecież zimą ziemia twarda.
Jezusowy uśmiech.
Ilekroć patrzę w Twe oczy Panie
Na ludzkich tylko obrazach duszy
W nich stale gości cierpienia znamię
Nad światem naszym, co wciąż się kruszy
Ilekroć Biblii kart świętych dotykam
Szukając światła w ciemności grzechu
Nigdzie w śród cudów nie napotykam
Wody źródlanej szczerego śmiechu
Ilekroć panie Ciebie wspominam
Jak pośród ran wytchnienia czekasz
Zewsząd spoziera Twa smutna mina
Jezu dlaczego się nie uśmiechasz?
Ona jest po środku
Dziś taki smutek bezbrzeżny mnie wypełnia
Rozdziera nicość jaka bezpodstawna
Tak, że stoi mnie dwóch ja i ja stoję
A między mną stanęła nago Prawda
Bieszczadzki pustelnik czyli słowo o marzeniach...
Bieszczadzkie chmury nad pólszałasem cicho mym tańczą
Zwiewną radością jak życie tutaj pośród tych drzew
Słońce jak kogut, woda źródlana, rozdarte poncho
- wszystkim co mam, co we mnie tkwi jak rwąca krew
Bieszczadzki śpiew małego ptaka wzlatuje w nocne niebo
Łącząc się z nim w chórze prawdziwym świetlistych gwiazd
Być tu i teraz, mieć tak by móc dać ciesząc się z tego
Każdemu drzewu, ptaku każdemu kłaniać się w pas
Bieszczadzki Franciszek święty - bezkresna cisza
Samotna radość w jego oczach pośród anielskich łez
Bogaty w natury uśmiech, w swoje rumiane lica
Choć pewnie byłby szczęśliwszy, gdybyś była tam też...
Coraz dalej do nieba
Coraz dalej mi do nieba, coraz dalej
Chociaż ptakom jakby lepiej tam
Ja wciąż rzeką ludzi z rany świata
Płynę obracając prawdę w kłam
Coraz dalej mi do nieba, coraz dalej
Chociaż gwiazdy bardzo kuszą tak
A ja niczym ślepiec w środku dnia
Potykam się o źdźbła, bo wiary brak
Coraz dalej mi do nieba, coraz dalej
Choć Twa pieśń w mym sercu brzmi
To ja w snach swych ludzkich tylko
O tym niebie coraz bliżej będę śnił.
Połamany czasem człowiek
Zerknij czasowi w cień co biegnie
Jak ten krawatny człowiek z teczką
Na połamanie, na tchu brak i ludzi
I wspomnij tylko, żeś w wietrze świeczką
Niczym ten deszcz
Kap kap kap niebo chłoszcze deszczem miasta,
Kap kap kap a ja w każdą krople wrastam,
Kap kap kap kapią krople deszczu z rynny,
Kap kap kap a ja coraz bardziej płynny,
Kap kap kap ziemia wchłania krople pędem,
Kap kap kap wróciłem tam skąd przyszedłem.
Wierzyć czy zrozumieć?
Jaki jesteś Nasz Panie, oni z całunu wnioskują
Badają dogmaty szkiełkiem, okiem i pincetą
Interpretują pisma, czytają ze swych map
Aby ostatecznie stwierdzić, że to jeszcze nie to.
A Ty przecież w małym ptaku zawarłeś siebie
W oczach gwiazd nęcących i szeleście traw
W czasem smutnym sercu drugiego człowieka
Niechaj oni Cię badają, zaś nas nasz Panie zbaw!
* * * *
|