|
Mleczna zupa drogi
gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni
słychać trzask rozpruwanych kosmosów
napisać wiersz
niby rzecz prosta jak gotowanie na parze odległości
nie rozumiesz?
lokomotywa pokonuje mleczną zupę drogi
a stryjek podrzuca do paleniska drew i dolewa
kiedy gość w dom woda w zupę
a to nie rozum sobie, psiamać do diabła cholera!
czego tu nie rozumieć
gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni
słychać trzask rozpruwanych kosmosów
no jakby się wysypały ostatnie grosiki z mojej głowy
na niebo i...
... sobie łyżką smętnie w talerzu babrzę matko
moja umarła jedyna i sobie i tobie tak myślę
na dnie wszystkiego zawsze jakieś dno talerza jakiegoś
a jak się trzyma dzieweczkę za rękę to się za uda chce
albo i za piersi chce i całować językiem namiętnie babrzę
w szklance co z herbatą i tak sobie myślę
ojcze mój ty umarły z kretesem a ja wiem czy jedyny
na dnie każdej szklanki jest wystarczająco dużo miejsca
na fusy wróżebne ty wróżbito jeden
coś mi wywróżył że żyć będę a kto poza puszkinem
nie żyjąc żyje?
gdy się korzenie myśli...
no, to się myśli, po prostu - korzenie!
Wojownik
kółka dymu nawleka na struny samotności
i kiedy za ścianami nad sufitami pod podłogą
dziarsko dudnią telewizory w twarz aseksualnym
nabrzmiałym wódką małżeństwom
młodzieniaszkom o twarzach nałogowych onanistów
i emerytom śmierdzącym kotami
on jak popieprzony wojownik ninja
okutany w czarnowidzę jutro cholera
pogryza jak świeży owoc papai
rozdętą przestrzeń własnego
zbędnego ja
czyli
on
właściwie zmieści się w blaszance
po fistaszkach
albo w szeleście opakowania sucharków
równie dietetycznych jak gówno
tylko na boga żywego po co
zatem śledził wzrokiem savonaroli
ćmę
czekając nad wyraz spodziewanego
jak jego jutra
bezszelestnego bezwonnego
auto da fe fiu
z dymem
Prowincjonalna bibliotekarka
na półkach poukładane życia pułki
szeregi marzeń wzorowo jakby bułhakow miał zaraz przyjść
łyskając monokla szkiełkiem
a co tam, Madame, nowego?
nic, Mistrzu, Małgorzaty jeszcze nie ma...
przyjdzie...
w każdy sobotni dzień przez okno
za kimś kto może raptem wpaść
nie przeoczyć chwili
kawa w stygnącej dłoni
a wieczorami samotnie nad winem
do ściany
ty wiesz...
prowincjonalna bilbiotekarka
jedna z tych najpiękniejszych dusz
które nie zaznają spokoju
o, bogowie! bogowie wy moi!
zaznasz zaznasz szumi wino
jest takie miejsce gdzie świat chowa
najpiękniejsze kobiety
prowincjonalne biblioteki
jak to jest?
ja marzę o prowincji
bibliotekarka nie?
kwestia nasycenia roztworu serca
lub braku
miłości
Furioso
retrospektywne gondole wzbudzają fale myśl
kręgami po wodzie czasu spokojnie wędruję
od brzegu do brzegu
kanały
jeszcze wczoraj pachniała co ty perliście
śmiała się pijana od rana
gołębiami wczorajszym zachodem słońca
nocą z jej zachrypniętym si, amore mio
wenecja spała syta płodowych wód
zauroczeń
cienie naszych masek pełzną po ścianie
leżąc bez twarzy
penetrujemy składy kłamstw
w poszukiwaniu jakiegoś gustownego fałszu
pozszywamy podskórne ścięgna tkanki blizn
szarpane i tłuczone rany zdrad
na nowe mimiki entuzjazmów przecież
potęgą wencji są maski i nieustające karnawały
cieni
pachniesz lilią
mdląco
Monologia I
tarasy mam we łbie a niżej jakieś morza
tu rybak tam jakieś sieci i zapach jodu
jeszcze mi chrzęścisz rozgwiazdą pod palcem myśli
a na szpilki wiatru solnego nawlekam bursztyny słów
że niby jakieś jutro i coś się jeszcze wydarzy epokowego
jak kiedy dwa ciała w zalanej żywicą ciszy przestrzeni
mozolnie rozpalać się zaczną
aż kroki na schodach
aż zaśpiew gdzieś w krzewach
aż nagle uderzy grom
wtedy
cisza po burzy zapachnie ozonem
starożytnie jak pocierany o sukno
jantar
dasz wiarę
jak mi cierpną nogi od tego stąpania
po wspomnieniach
a jak drętwieją ręce od usypywania piramidalnie
wspaniałych przyszłości naszych?
jaką łopatą - rękami gołymi językiem pazurem
jestestwem moim nieskończoną męką
kochaniem moim zachłannym jak paszcza
w powojach na stogu pod drzewem i we snach
pod krzyżem na krzyżu i krzyżując serca
rzeźbię epoki nasze z wydyszanych myśli
więc mam tarasy jakieś w głowie
i sypki zapach nadchodzących
czekań
Żeglowanie
wiesz,
zapewne powinienem odczuwać rodzaj melancholii że
wymarzone indie okazaly sie wyspą dosyć egzotyczną wprawdzie
ale tylko wyspą
zwyczajowe rozczarowanie odkrywców:
miast wonnych korzeni orientu - kocioł ludożercy
poeci strząsają popioły siebie za pomocą palca wskazującego
wprost do urny bez tego napisu wieszczowi wdzięczny naród
a w rozlanych morzach kaw drugim palcem
wskazującym na atrofię nadziei
kreślą locje dróg do przebycia albo przebytych
tam płynąłem a stąd wracam i nie na odwrót admirale
jeśli zatem dusza poety jest kulista
a grawitacja uczuć funkcjonuje nieprzerwanie
dlaczego spadam z antypodów codzienności
w obliczu zwykłego
słuchaj, życie to nie tylko poezja
może dlatego że nie mam w głowie
żadego sekstansu wszechwiedzy
stąd poprzez dotąd
zapewne
Listu nie będzie, Panie!
nie napiszę listu do Boga z pretensjami
że jakieś krwawe łaźnie z moją duszą
jakieś niedopite resztki sumienia
pety słów w błocie zapomnianych ulic
ani że pordzewiałe blachy uczuć
walają się bezładnie po głowie
jak rozwalona konstrukcja
a taka miała być pewna
i co miałby zrobić z tym zawodzeniem
przecież jasna cholera
jabłko z drzewa zerwane
wąż wypuszczony
wolna wola potopem
a piersi i łono kobiety można oglądać
na wiele o, bardzo wiele sposobów
na przykład
jak pagórki albo dolinę albo trójkąt
listu do Boga nie wysyła się
w sprawie viagry na usztywnienie morale
można a propos zapytania
czy słuszne i zbawienne jest porzucenie
jakiegoś płodu
i niewłaściwej kobiety o malinowych ustach
pustynnej duszy i beznadziejnie prozaicznym
- ach ty to sam już nie wiesz czego chcesz
kiedy po nocach rozpatruję warianty
rozlicznych możliwych
zdrad pełnych jadu kobry podstępu szakala
śmiałości możliwej tylko w marzeniach
kiedy śnię o innej
tak wszechmocnej nieznanymi mi jeszcze
kolejnymi
pustyniami uczuć
moją kartką jest piasek
i jest wiatr więc
listu nie będzie, Panie
Gniazda
właśnie powiesiłaś na ścianie
znalezione na mchu dwa gniazda
i jakieś plastry z pszczelego kitu po wypiciu
lepkich kaskad miodu
mnie pozostawiając papierową
fortecę szerszeni
boję się zasnąć
może w sześciokącie tkwią zaczajone
żądła koszmarnych snów
zatem
ty prawe gniazdo ja lewe i tak sobie
zwieszeni na nitkach wyobraźni
w puchu i miodnych snach
popłyniemy gdzie nas poniosą marzenia
jak kosmate dmuchawce
jeszcze tylko wyjmę pazurek ostu
bo mi przeszkadza cię kochać
swobodnym lotem
ponad codziennością
Przepiękny, wieczorny poranek...
zaplątał mi się świt
w szuwary snów
/zmierzchało całkiem wieczornie/
okna zalepił pszczeli kit
więc było znów
wytwornie
a świętojański robak co
zdumiony chętką
zapłonął palnikiem jasnym
zakończył żywot bo
zaświecił się za prędko
i skonał w ogniu własnym
tak się zakończył dzień
o świcie co wieczorem
był porannym
na wszystko kładąc czarny cień
i ciało moje skore
na łono miłej panny
Córka Jaguara i Sennej Rzeki
powiadała że jest córką jaguara
i sennej rzeki
(jak sowa była córka piekarza, pamiętasz?)
a zamiast piersi
ma dwa koźlątka beczące
i kiedy śni
słońce zapładnia jej oczy
różanopalcym świtem
pono lemury wtedy wychodzą na żer
rozkładała uda
jak się rozkłada księgi
poznaj mnie
czytaj mnie
naucz się mnie
zapamiętaj!
a w cykaniu ciszy
były świerszcze czasokształtne
jak sypanie piasku
na tarcze umarłych Moche
albo jadeitowy syk
Quetzalcoatli
których nieskończoność wiła się
pośród jej włosów
gorgona
więc była córką jaguara, mówisz?
tak
i o zmierzchu siódmego dnia
zrodziła Księżyc?
tak
na moje wygnanie z raju-bez-odzyskania
kim była prawdziwie?
prawdziwie
snem mojej krwi
kością kości moich myśli
tym podmuchem zimnym na karku
kiedy śmierć przenika
marzeniem
Poeci Dnia Wczorajszego
tej alei już nie ma
szpaleru nierównych poetów
a może teraz i ładniej?
wycięliśmy ich ich piłą życia
zębato albo
poszli spać z koronami włosów w gwiazdach
stopami korzeni w grząskich
pokładach cierpienia
tu i tam
pojedyńcze pniaki
wyłamanych na codzienności myśli
chrust trzaskający palców gniecionych imadłem
pytań
zeschłe liście zakochań
puste butelki:
teleskopy rozjaśniające mroki kosmosów
haczyki codzienności w
szatniach knajp za trzy grosze
takie-tam, brechty, panie
świecą dziś mosiądzem pustki:
peleryny cylindry szale
na strychach pamięci
tych co widzą jeszcze niepowtarzalność
tego tamtego i tego
z tych
życie to nie teatr
powiada jakaś wspominkowa żona
w jubileusz
o salceson się czasem też trzeba...
o, tak - o salceson - jak najbardziej, Madame!
i nawet pies się nie odleje na konary
bo nie ma już alei
poetów dnia wczorajszego i tych panien
co ładnie tańczyły twista
gdy zapach kwiatów we włosach
targał wiatr
niosąc
nieuchronne piaski zapomnienia
na mariacką i piwną
na brzeg zatoki
na wydmy nagich zapomnianych
wspomnień
kolegom
Miłość moją nago leżącą...
ja wtedy, Panie - ziemię jadłbym szczerozłotą
dla niej
w kapeluszu słomkowym drelichowych gaciach
i jakiejś koszuli nasyconej tęczą
a trzy pędzle jak Trójcę dzierżyłem w dłoni
wtedy mnie Vincent i Amedeo
naskoczyć mogli pospołu, bo ja
malowałem skałę granitową
a na skale granitowej miłość moją gołą
leżącą jak nasturcji ziarnko wyłuskane
z wiersza
/w jej włosy ślicznie jaskółki się wplotły
a dwie malwy piersi
i brzuch wezbrany dzieckiem
o, ukochany! wołały tęsknie/
i wolno płynęły nam obłoki czasu
jak się wolno w bursztyn przemienienia
zmienia
żywica kryjąca rozpacz mrówki
wtedy
miała lat mniej niż liczyło sobie słowko
miłość
i więcej niż
nie, do cholery! nie kocham!
poźniejsze o kilka wypitych flaszek
goryczy
i wyjedzone ziarna posianych burz
potym jak
na kwadracie trawy kwadrat obrusa
paryska bułka merlot evian gitanesów paczka
francusko, psiamać
było, nieprawdaż?
z tym ryjem Verlainea wetkniętym pomiędzy
nożyce jej ud zakładką:
tu skończyłeś ostatnio!
czytaj! czytaj! o, czytaj mnie jeszcze!
i jeszcze nam się zachciało
do Tomaszowa
gdzie cudze meble postawiono
teraz
zawróceni w zadumie na jakiejś
Marszałkowskiej sączymy siebie
osobno
Na antresoli
Na antresoli, na skrzywionym łożu,
Niezgrabnie wzniecam pożar serca.
Wołabym w zbożu, no, po prostu - w zbożu,
Lub na syryjskich czy perskich kobiercach.
Świetlówka zimno oświetla strop niski.
Ja chciałbym lampą, co spełnia życzenia
Oświetlić Twoich oczu listki.
I kochać Cię, do Wniebowstąpienia...
Nie umiem Ci pisać, jak by pisał Dante.
Nie umiem się w nawet sam z sobą pogodzić.
Jestem, w tej miłości, jeszcze imigrantem
I nie wiem - umrzeć? czy też się - narodzić?...
Nie szukam odpowiedzi na pytania liczne.
Nie nęcą mnie prawd tajemnych zwoje.
Po prostu patrzę w Twoje oczy śliczne
I na ciało Twoje. I na serce Twoje.
Na antresoli, pod sufitem niskim,
Świat staje się niczym, bo Ty -
Jesteś wszystkim...
A choćbym błądził ciemną doliną...
W sercu mam tundrę, w oku - lód
Przez żyły serce tłoczy rtęć
Czoło pokrywa szadzi chłód
I Kajem być mam chęć.
Niebiańskich łąk zielony stół
I figur słuchać cichy stuk
Va bank o życia mego pół
Zagramy: ja - i Czart - i Bóg!
Szachy to strategiczna gra,
W skupieniu więc będziemy grać.
Choć zasad gry tej nie znam - ja,
To niby kogo mam się bać?
Mówiłem : zła się nie ulęknę,
Bo Tyś jest kostur mój i laska.
A teraz serce we mnie pęka
Bo nie wiem: czy to twarz czy maska?!
Pół moich figur zabrał Pan
Połowę reszty zgarnął Czart
Mam Damę, Króla, a więc - gram,
Choć tandem zdatny to do kart!
Mam tutaj wątpliwości stos,
Bo już nie powiem c'est la vie.
Więc fortel tu wprowadzę: sztos,
Po prostu: umrę im!
Lecz Oni patrzą na mnie z bólem
- Tak, dziecko, czynić się nie godzi!
Pójdź, a obaj cię utulim,
Pocierpisz, potem się odrodzisz.
Pojąłem w lot gdzie rzeczy sedno,
Co tu jest całkiem autre chose.
Im Obu wszystko jedno
Im obu wszystko jedno!
Wszak dali w ręce nam nasz los!
Pour Toi,
Georges Moustaki
W moim życiu nie ma miejsca na czas.
Nie ma miejsca na kłótnie, problemy.
Drugi raz, nie będzie nas.
Drugi raz, nie będziemy...
Więc - papierosa dym,
A w dłoni - wódki szklanka...
W lokalu tym -
Sielanka.
Noga na nodze,
Oczy - w podłodze
Wielkanocnego - baranka...
Nie pytaj mnie, dlaczego się o kontuar wspieram.
Nie pytaj mnie, dlaczego jaggermeistra piję...
Wspomnienia wszystkie, jak kwiaty - zbieram.
I z tego żyję.
Czego ja chcę, sam nie wiem, nie, lecz - trwam.
A Twoja dłoń w dłoni mojej - jak nóż...
Nam nie starczyło nas.
Tak zagrał z nami czas,
Tak zagrał z nami czas...
No, cóż...
Jesienna Panna P.
Pójdę przez połoniny marzeń,
Przez las o Tobie myśli,
Przez szlaki przyszłych zdarzeń,
Przez sny, które jeszcze muszę wyśnić.
Jesień, Kochana, idzie jesień...
Z jesienią idą barwy złote.
I tak się na tę jesień cieszę,
Bo z dawna na nią mam ochotę.
Ochotę z dawna mam na jesień,
Na jesień czekam z niepokojem,
Dopiero wrzesień ? Nie, już wrzesień!
Wrześniowo kocham imie Twoje.
Kompozytor - uznany classique
Jerzy Frycek - ale nie Chopin !
W jesień zaklął nam "Feuer Music",
"Wasser Music" zostawił na potem.
Cała Jesteś rozbłyskiem purpury,
Najwspanialszą Kometą pod Słońcem,
Płoną lasy, połoniny, płoną dokoła nas chmury,
Płonę ja i moje serce gorące...
nawet spralka białego dymu i woń ogniska
nie oddadzą piękna Wschodu Ciebie,
i niepożałowania Zachodu Samotności...
Epitafium dla Villona
(z wdziękiem i pięknie)
Ja byłem, Panie twardy gość,
Dostałem nieraz mocno w kość
I życie mi przylało - pięknie!
Nie pękłem, gdy nie grało coś,
Żyłem pod prąd na złość, na złość!
Jak wariat, ale z wdziękiem.
Wypiłem flaszkę, łyknąłem piwa.
Dziewczynę całowałem z wdziękiem.
I choć się spity czerep kiwał,
A knajpy miały świetne żniwa,
I choć się Sądny Dzień odbywał -
Przez życie szedłem pięknie.
Mam kilka wierszy napisanych,
Światu i ludziom na podziękę
Za wszystkie fajne Baby,
Za wina kolor krwawy,
Za życie pełne wrzawy,
Za koniec pewnej ludzkiej sprawy...
Wypijmy,
za udrękę!
Rzewna melodyjka na harmonię i małpkę-wróżbitkę
Wczoraj jeszcze nie wiedziałem, że istniejesz,
Nie wiedziałem, że lubisz arbuzy.
Że gdy w złości gadasz - to piękniejesz,
Jak świat pięknieje, po burzy
Twarz łobuziaka, na niej oczy masz Żyrafie,
Wielkie, jak młyńskie koła.
Opisać ciebie, nie potrafię,
I nikt inny podołać nie zdoła.
Uliczka syta drzew nad brzegiem rzeki.
Kasztany stare sypią kwiatami.
Kruk na gałęzi - na Ciebie czeka
I Sekwany szary aksamit.
Maszkarony, maszkarony z Notre Dame,
Zamyślone, jak filozofów sny,
Brzydkie i piękne, jak Paryż sam,
Który Ciebie darował mi.
Na harmonii rzewna piosenka się dzieje,
Małpka los nasz taksuje kartami.
Nie wiedziałem do wczoraj, że istniejesz
I że będziesz ze mną, Pani.
Medea
Jazonie!
Jeśli na Złote Runo popatrzysz okiem filozofa
Zważysz wszystkie Za i wszystkie Przeciw
Odmierzysz skalę wartości
Złożysz hekatombę
Rozpytasz Aojdów
I liczne w kraju wyrocznie
I jeśli nawet wówczas zechcesz
Odszukać Kolchidę -
Broń hoplity odkładając
O jedno zapytam:
czy runo warte losu Medei?
Gwiazdy powiadają, że morze
Jest przychylne...
Komu?
Chat Noire
W pokoju z widokiem na mur,
Łóżka owal i Ty w tym owalu,
Srebrna jak Gwiezdny Twór,
Leżysz srebrnie na perskim szalu.
Patrzą oczy, usta milczą, serce bije cicho...
Hej! Rimbauda tu potrzeba, bo mnie pisać licho!
Hej! Potrzeba tu Cezanne'a lub Modiglianiego!
Ja malować nie potrafię, Ty sie śmiejesz z tego.
Za perełki od konsjerżki zapłaciłem złotem,
Teraz mienią się na szyi perłowym pokotem.
Miałaś w ustach kwiat gardenii co dziko pachniała,
Była flaszka calvadosu lecz opustoszała...
I z Remarquem pod Arc d'Triomphe na kolejkę szliśmy,
Co Pan pije, Panie ładny? A, nalewkę z wiśni.
Nago leżysz, jak Twór Gwiezdny i masz oczy głodne,
Znów będziemy się kochali, bo to teraz modne.
W pokoju z widokiem na mur,
Owal łóżka, w owalu tym - TY.
Złota jak Gwiezdny Twór,
Albo jak gwiezdne sny.
Patrzą oczy, dusza śpiewa, rosną w oknie gwiazdy...
Dali mi Cię trzej magowie
od Ahura-Mazdy!
Pan sobie grasz
Pan sobie grasz na instrumencie,
A Pani pije czwarte wino.
Ja jestem trochę na zakręcie
I patrzę w siebie, jak na nieme kino.
Ja nie mam wątpliwości żadnych,
Że życie całkiem jest do bani.
Pan nam coś zagraj, Panie ładny!
Bo ze mną się napije Pani...
Pet w galarecie, pet w galarecie
Jakieś szurnięte ecie-pecie
Plączą sie słowa, odpadła głowa
Komu? Biednemu poecie.
I raz-dwa i trzy, i raz-dwa i trzy!
Pianola stalowo wydzwania.
Niech pęknie noc, niech zdechną sny,
Pani obmacuje Pana !
Poranną rosą, śniadanie na trawie
Gdzieś tam i w jakiejś kompani nieznanej.
Leje się wóda w Czarnego Luda.
Jest dobrze! O, Ludzie kochane!
Wieczorem kac, jak kubeł - łeb,
kto pochlał jak ja, ten wie o czym piszę...
Durny jak cep, kiep-nie kiep,
Zapadam, po szyję w ciszę.
Przemija postać świata
Galera z pluskiem uderza w molo
Amfory wina pękają z trzaskiem
Miecze iść dalej nie pozwolą
Hordy Ciemnoty nadciągaja z wrzaskiem
Tarcze i hełmy, włócznie, sztylety
Leje się krew winna i krew - niewinna
Po schodach toczy się łeb poety
Odcięty jednym cięciem zwinnym
Zabić poetę - cóż, żaden trud
Zabic miliony - sprawa prosta
Zabić poezję, rulon spalić nut?
Jak potem można człowiekiem
pozostać?
Hełmy i kopie, sztylety, włócznie
Złozono w szafach, zamknięto drzwi
U stóp filozofa żołdak- uczniem
Posadzka umyta z poezji - lśni!
Ostatnia galera zniknęła w dziejach
I nikt już nie pomni rzezi Aten
Puste cokoły pustką się śmieją
Przemija odwieczna postać świata!
Na pamiątkę przystąpienia.
|