intro nowe oto my wiersze proza fotki wędrówki cytaty filozofia książki media czat! forum księga linki






Homo Supermarketus

Był świąteczny, niedzielny poranek. Jeden z tych, kiedy to słońce wysusza z wolna łzy wściekłości nocy, by zrobić miejsce spokojnemu, anemicznemu wręcz usmiechowi dnia.
Godzina 8.00. Nie umiejąc sobie znaleźć miejsca w pościelowym świecie swego łoża, stanałem przed niebywale trudnym dylematem - na którą świątynię kurs obrać: tą strzelistą, tradycyjną czy też tą kuszacą kolorami i modernistycznym kształtem. Po kilkuminutowym konstruktywnym zafrasowaniu, ostatecznie postanowiłem wyruszyć do świątyni konsumpicji, zwanej Supermarketem. A co, w końcu był dzień wolny!
Dotarłwszy podniecony pod szklane drzwi skontatowałem, iż nie wiedzieć czemu, byłem jednym z pierwszych klijentów.
Zmęczony jeszcze nocną tyralierą koszmarów sennych, z niespłukanymi śpiochami w oczach, wkroczyłem ociężale do szklanego prezbiterium, gdzie miast się przeżegnać i przykleknąć przeklnałem siarczyśćie wchodząc w psie, nieuprzątnięte za wczasu fekalia. Ech, nic to jednak, brnąłem z optymizmem dalej. Szarmanckim gestem zgarnąłem jeden z koszyków, poczym zaczaiłem się pomiedzy stoiskiem z warzywami a artykułami mięsopodobnymi, tak by oddać się swej ulubionej czynności, to jest podglądaniu ludu podczas niedzielnego nabożeństwa.
Nie minęła długa chwila, którą to spędziłem na wnikliwej lustracji swego nosa, od mojego skrzętnego zabunkrowaniu się w spozywczym okopie, a w kłębach kurzu rozwścieczony tłum wtargnął przez zaledwie uchylone, szklane drzwi niczym stado rozjuszonych bawołów podczas ucieczki przed krwiożerczym wrogiem i jak to zwykle bywa w historii każdego gatunku, przetrwali najsilniejsi i najodważniejsi to jest: trzy dziarskie, fioletowowłose emerytki, które pewnie dopiero co wyskoczyły z niedawno zakończonej konkurencyjnej imprezy w pobliskim kościele, za nimi znajdowała się rozwścieczona grupa pościgowa w liczbie cztery osoby, to jest: dwie srodze zdyszane panie w średnim wieku oraz dwóch nie starszych, nie młodszych od nich panów - najprawdopodobnie mężów dwóch z pań. Reszta peletonu zaś, w wieku pomiedzy 5 a 95 rokiem życia, z wypiekami na twarzy lub silnym ślinotokiem (w zależnści od wieku) walczyła dzielnie o pozostałe wolne koszyki.
Trzy rozpalone emerytki, które to wiodły prym w gonitwie, niezwykle zaciekle walczyły miedzy sobą o ostatnią z przecenionych par rajstop, niestety był to bój daremny, bowiem jak sie szybko okazało trofeum było na wskroś rozerwane już. Tak więc dziarskie staruszki zawarły tymczasowy rozejm i w najlepszej komitywie poszły dalej. I pewnie ich zgoda trwała by jeszcze długo, gdyby na ich drodze nie pojawiły się przecenione drożdżówki! - kolejna kość niezgody na drodze ich ponad półwiecznej przyjaźni... Cóż było, minęło.
Niedzielne zakupowe nabożeństwo trwało dalej. Temperatury wewnątrz sklepu jak i na zewnątrz zaczynały się zrównywać. Gorące, przyspieszone oddechy ludzi rozpalały stosy finezyjnie ułozonych pudełek z zapałkami. Gdzieniegdzie z tłumu wydobywało się paniczne: "Pożar!", śłużby ochrony jednak w liczbie czterej barczyści, łysi goryle gasili dzielnie jednak szalony płomień w zarodku. Nic to jednak, że początkowo robili to niewłąściwą stroną gaśnicy...
Dwie oszalałe panie z mocno przekrwionymi oczami zamiatały niczym dwa diabły tasmańskie wszystko co napotkały na swej drodze, poczawszy od różowych stringów, poprzez klucze imbusowe a na przecenionej naftalinie kończąc. Za nimi czaili się mocno już zdyszani dwaj panowie, domniemani Mężowie - Tragarze dwóch nieugietych niewiast.
Wciąż powiększająca się grupa pościgowa była jednak nieustępliwa, walczyła do końca, biegnąc już niemal po półkach z kolorowymi artykułami. A pot zalewał im oczy, policzki (a może to były łzy...) oraz wyprasowane, świąteczne koszule i garsonki.
Moje nabożeństwo jak i towar na półkach powoli się kończyły. Wygramoliłem się więc mocno przestraszony z mojego prowizorycznego okopu miedzy regałmi i wsadziwszy do koszyka jednego banana, co by z pustym nie wychodzić, bo jakoś tak głupio...udałem się na drżących nogach do jedenj z 5 kas.
Przy wszystkich kasach ścisk był niemiłosierny, jako pierwsze w kolejce stały w blasku chwały i wietrze wentylacji faworytki tego peletonu - trzy, teraz już naburmuszone nieco i skłucone, fioletowowłose starsze panie z pakunkami niemal, że po sam sufit supermarketu, za nimi z nieco mniej pokaźnymi trofeami przekrwionooki tercet płci żeńskiej wraz ze swymi małoreprezentatywnymi mężczyznami-szczurkami, na samym końcu zaś na nogach jak z waty stały smutne persony, a raczej ich cienie, zerkajace raz po raz zazdrośnie do koszyków osób je w kolejce poprzedzających.
Dziki tłum wymienił się w drzwiach z innym jeszcze miło pachnącym, jeszcze nie zapoconym, jeszcze nie wyzuty z resztek człowieczeństwa...
A mnie, no coż, tęskno się jakoś zrobiło za czymś niedefiniowalnym, wręcz rozdzierająco tęskno. Tak sobie przystanołem i tak się zadumałem pod skąpaną w prażących, południowych już promieniach słońca lipą...hmmm, chyba za tydzień pojdę jednak do Kościoła.

Dedykowane Arbiemu

* * * * *